17 stycznia 2019, imieniny Antoniego, Jana, Sabiniana

Na temat, natemat.com.pl, Piotr Janczarek, Iwona Janczarek
 
Strona główna
Rozrywka i Refleksja
Diety
Podróże
Zdrowie
Dzieci w szkole
Prawo i finanse
Ukraina
Smacznie
Berlin
  Kraje (countries)  Zbadaj się nim wyjedziesz.  Narty na Słowacji  Polska  NARTY  Wyszukiwarka miejsc noclegowych   Warszawa i Mazowsze  Rezerwuj i jedź  Na rowerze. Podróże małe i duże  Przewodniki  Hotel dla rodziny  Miguel Angel

Nowegia na rowerze. Rundka nad fiordami.

fot. Igor Paja 

drukuj artykuł z portalu natemat.com.pl

Relacja z podróży Igora Pai.

Najpierw były marzenia o rowerowej wyprawie nad fiordy, potem przeszkody, które ciągle uniemożliwiały mi wyjazd. Po kilku latach wpadłem w manię norweską. Wjeżdżając na Wierch Poroniec z Łysej Polany, zastanawiałem się, jakie TAM są serpentyny? W Alpach, patrząc na Jezioro Czterech Kantonów, myślałem, czy naprawdę jest podobne do fiordu? W końcu zapadła decyzja chroniąca przed obsesją:

1. Lot bezpośredni z Warszawy do Bergen liniami Norwegian, z przewozem roweru.

2. Noclegi: na kempingach w namiocie.

3. Pora: 29 maja - 10 czerwca.

4. Trasa z Bergen do Bergen, czyli rundka nad fiordami.

 

To ma swoje zalety i wady. O innych noclegach niż pod namiotem nie ma co marzyć, bo hotele norweskie zrujnowałyby większość szejków. Ale koniec maja to nie lato. Nad Hardangerfjordem kwitną sady, za to w górskich dolinach noce bywają mroźne. Podobno wiosną pogoda jest najbardziej stabilna i zdarzają się dłuższe słoneczne okresy. A jeżeli zacznie padać deszcz ze śniegiem? Hipotermia to nie greckie imię żeńskie z krzyżówki, ale pewna niewesoła rzeczywistość.

 I

29.05

Od północy w sobotę pakuję więc jak szalony namiot, śpiwór, matę, jeden polar, drugi, jeszcze grubszy, czapkę i dwie peleryny przeciwdeszczowe. Do tego gadżety dla Pomysłowego Dobromira (sznurek, folię, skocz, drut, kombinerki itp), zapasowe baterie do świateł, klucze do roweru, 4 dętki, nawet jedną oponę na wszelki wypadek, aparat, jakieś ubrania na zmianę, mydło etc. Na jedzenie, oprócz jednej torebki rodzynek i jednej mieszanki bakaliowej już nie ma miejsca. Poza tym granicę wyznacza limit bagażu. Mogę zabrać 10 kg w bagażu podręcznym, 20 kg w głównym (jedna sztuka), no i rower, osobno płatny (284 zł w obie strony). Przychodzi moment refleksji, czy tak objuczonym rowerem w ogóle da się jechać, ale już nie czas na próby w terenie. Wrzucam wszystko do nieprzemakalnego worka żeglarskiego o pojemności 60 l (to będzie jedna sztuka bagażu głównego), zaczepiam jedną sakwę (to będzie bagaż podręczny, druga pusta i zwinięta jest w worku), pod pachę biorę karton do zapakowania roweru na Okęciu i taszczę wszystko po schodach. Zamykam za sobą drzwi. Wyprawa jest rozpoczęta, bo "ścieżka zaczyna się tuż za progiem".

Jest druga w nocy, ale że to noc z piątku na sobotę, chodniki w rejonie Foksal, Nowego Świata i Świętokrzyskiej są tak pełne ludzi, że muszę prowadzić cały kram. Siadam na rower dopiero koło Pałacu Kultury i jadę nieco chwiejnie, bo w ten mój nieszczęsny karton dmucha coraz silniejszy wiatr, a nie posiadłem sztuki halsowania na rowerze. Jeszcze przed Towarową zaczyna mżyć, na rondzie Zawiszy już leje. O rzeczy w worku jestem spokojny, ale karton zaczyna rozmiękać. Osłaniam go folią, którą co chwila zwiewa wiatr. Jak zapakuję rower w papier mache? Niezły początek. Przed Okęciem pas remontowanych i w ogóle nieoświetlonych chodników. Dziury i błoto. W końcu jestem pod dachem nowego terminalu. Odkręcam pedały, skręcam kierownicę. Zmoknięty, z rowerem i ze sfatygowanym już kartonem wyglądam chyba jak zbieracz tychże kartonów, bo ochroniarz kategorycznie pyta mnie "Dokąd pan leci? (w domyśle: spieprzaj dziadu)". Grzecznie mówię że do Bergen, a pan się rozmarza i wypytuje mnie, gdzie tam można znaleźć robotę, ile płacą i w po co ciągnę rower, zamiast tam na miejscu kupić jakiś używany. Taktownie nie zdradzam celu podróży (żeby się pogapić), by nie wyjść na mitomana. Karton pomału schnie i chyba nada się do użytku. O 4 mogę wnieść opłatę za przewóz roweru, potem zgłaszam się do odprawy. Nie ma żadnych problemów. Oddaję bagaż, na rower dostaję naklejkę i zgłaszam się do punktu nadawania bagażu niewymiarowego (w drugim terminalu, droga do punktu przyzwoicie oznaczona).

Teraz chwila prawdy, bo przed lotem nie mogłem się dowiedzieć, jak to naprawdę jest z nadawaniem rowerów. Czy decydują normy linii lotniczych, liberalne w wypadku Norwegian, czy portu lotniczego. Przed punktem nadawania bagażu spotykam dwóch sympatycznych rowerzystów. Będziemy testować trzy warianty pakowania sprzętu. Człowiek z Białegostoku ma profesjonalny pokrowiec, w którym mieści się rower z odkręconymi oboma kołami, jego kolega z Sanoka postanowił nadać rower na żywca, bez opakowania. Ja mam karton. I co? W końcu wszystkie trzy rowery lecą do Bergen. Ulga.

Start, krótka drzemka, a potem uważne obserwowanie chmur. Nie jest najgorzej, nie ma jednolitej powłoki, więc i na ziemi muszą być przebłyski słońca. Po półtorej godziny samolot trochę zniża lot, jest jakiś szerszy widok na ziemię i widzę przed sobą białą przestrzeń, z której wystają ciemne wzniesienia. W górach owszem miał być śnieg, ale dlaczego aż tyle? Ja chciałem do Bergen, nie na Spitzbergen! I nagle widać dolinę. Na szczęście zielona, więc jest szansa na przetrwanie form życia z południa. Chmury się zbiegają, widok znika. Otwiera się znowu już przed lądowaniem. Tym razem na dziesiątki wysp i wysepek, cieśniny i zatoki. Morze ma niezwykły, intensywny kolor. Jaki? Chyba to właśnie nazywa się morskim, jest to rodzaj niebieskiego z odcieniem zieleni. Coś zupełnie innego niż Bałtyk, który przy naszych wybrzeżach bywa niebieskawy lub brązowy, w Szwecji trochę bardziej niebieski, ale wszędzie w pochmurny dzień robi się depresyjnie stalowy. Lądujemy, płyta lotniska jest mokra, pada drobny deszcz, 12 stopni. Chwila oczekiwania na bagaż. Obsługa lotniska nienerwowa. Jeżeli rowery doleciały, to się pokażą na szerszym taśmociągu, ale jakby było trudno je tam włożyć, to odbierze się z wózka transportowego przy drzwiach. W rezultacie rower zapakowany w pokrowiec trafia na taśmociąg, dwa pozostałe podjeżdżają wózkiem. Odbieramy rowery, zaczynamy je skręcać i troczyć juki. Rozkładamy cały majdan, ale nikomu z obsługi to nie przeszkadza. Sprzęt chłopców wygląda profesjonalnie, mój jakby... mniej. Oni mają już zdaje się spore doświadczenie w takich wyprawach, ale taktownie nie robią uwag, w rodzaju, że starym Authorem to może do Kalwarii Zebrzydowskiej, a nie w Góry Skandynawskie. Widać z tego, że swoje już zobaczyli, przejechali i nie muszą nikomu imponować. Życzymy sobie dobrej pogody. Oni jadą do Oslo, ja zrobię kółko nad fiordami i wracam do Bergen. Chcę zobaczyć dwa największe fiordy: Hardanger i Sogne, w miarę możności z odnogami i chociaż kawałek przy dobrej pogodzie. To plan ramowy, a co będzie, to się okaże.

na kempingu(na zdjęciu: Na kempingu w Strandebarm  miałem miejscówkę przy samej niewielkiej plaży. Rano Hardangerfjord był gładki jak lustro, poteem pojawily sieę malutkie fale związane z przypływem.).

Wytaczam się z lotniska. Usiłuję znaleźć spory kosz na śmieci, żeby ulokować w nim karton. I tu pierwsza niespodzianka. Są jakieś kontenery, ale zamknięte. Zabieraj człowieku swoje śmieci ze sobą! Przy parkingu znajduję w końcu kosz, ale muszę pracowicie podrzeć pudło, żeby się zmieściło. Deszcz przestaje padać i ruszam w stonę Bergen. Ruch spory, po chwili trafiam na zwężenie i roboty drogowe. Potem jest kawałek ścieżki rowerowej. Trzeba uważnie śledzić jej przebieg, bo przenosi się kładkami z jednej strony dwupasmowej drogi na drugą. Przy centrum handlowym Laguna znika mi z pola widzenia, a na drodze do Bergen ruch jest zwariowany. Trzeba uciekać dalej od miasta. Skręcam w stronę miejscowości Fana (lub jakoś w rodzaju Fanahammaren, bo drogowskazy pozostają w pewnej rozbieżności z moją mapą). Na mapie to najbardziej boczna z bocznych dróg, ale i tu ruch jest duży. To sobota, mieszkańcy Bergen jadą do portów, gdzie trzymają swoje łodzie i do domków. Nikt na mnie nie trąbi, mijają mnie w prawie przyzwoitej odległości (w sumie jest dość wąsko, mnóstwo zakrętów i wzniesień), ale komfort jazdy po pustych szosach Północy to to jednak nie jest. Jak na jeden z najbogatszych krajów świata, samochody nie zwalają z nóg markami ani nowością. Kątem oka rejestruję widok na turkusową zatokę, lśniącą w słońcu, które właśnie wyjrzało. Jest mały port, a w nim jachty i takie motorówki, jakich się u nas nie widuje. A więc Norwegowie, którzy nie szastają pieniędzmi na cztery kółka, topią swoje miliony w sprzęcie wodnym. 

Odbijam w głąb lądu, na naprawdę wiejską drogę. O zgrozo, na odcinkach trawersujących bardziej strome stoki pojawiają się podłużne pęknięcia w asfalcie. Kierowca samochodu nawet ich nie poczuje, ale rowerzysta powinien być czujny. No, może cz
ujny, to za dużo powiedziane, wystarczy nie gapić się na obłoki. Jadę brzegiem jeziora Kalandsvatnet i nareszcie mogę rozejrzeć się po okolicy. Tu jest wiosna, a dokładniej pełnia wiosny. Wszystko kwitnie. To, co u nas pojawia się od połowy kwietnia do czerwca, tu jest skumulowane. W zacienionych załomach skał bielą się jeszcze zawilce, a pod domami rozwinęły się już rododendrony. Jest tu

(Wycięta w granicie drogia doprowadzila mnie do Granvin. Tu już pożegnalem się z Hardangerfjordem (chociaż mógłbym okrążać jego kolejne odnogi do końca pobytu). Pojechalem do Voss i dalej na pólnoc)


jakaś nowa, nieznana u nas odmiana o
Hardangjaskrawoczewonych, widocznych z daleka kwiatach. Do tego białoróżowe jabłonie przy domach, źółte mniszki, jaskry i fioletowe firletki na łąkach. A nad potokami i w wilgotnych obniżeniach rosną obsypane kwiatami czeremchy. Ich zapach będzie mi towarzyszył przez całą podróż. Tak daleko na północy spodziewałem się roślinności walczącej o przetrwanie w surowym klimacie, trochę jak z Finlandii czy Szwecji. A tu jak w Środkowej Europie są lipy, dęby, buki, klony, a nie tylko sosny, świerki i brzozy. Ziemia jest nasiąknięta wodą i widać, że częste deszcze to warunek tak bujnego rozwoju roślinności, bo warstwa gleby jest zwykle cienka. Okoliczne wzgórza nie są zbyt wysokie, ale spod ziemi co chwila wyłaniają się skały trochę podobne do granitów, krystaliczne, twarde, łupiące się na kawałki z ostrymi krawędziami.

Zwracam uwagę nawet na drobiazgi, bo pierwszego dnia pobytu w nowym miejscu najwięcej się zauważa, czuje i zapamiętuje. Potem wrażliwość maleje, bo człowiek, chcąc nie chcąc, oswaja się z kolorami, kształtami i zapachami otoczenia.

Widoki nad jeziorem prawdziwie skandynawskie: kolorowe domki, łąki, lasy, wzgórza. Od czasu do czasu wiatr niesie zapach nawozu. Wywożą obornik o tej porze? Pod ziemniaki? Przecież widać, że już są posadzone. Nie, to nie nawóz, ale sianokiszonka. Rozumiem, że w tym klimacie trudno wysuszyć trawę, ale to jest, oględnie mówiąc, rozwiązanie kontrowersyjne. Podobno w Szwajcarii hodowcy dostarczający mleko do wyrobu twardych serów podpisują zobowiązanie, że ich krowy jedzą tylko świeżą trawę lub siano. Żadnych kiszonek! Widać, że norweskie rolnictwo korzysta z solidnego wsparcia, znacznie większego niż w Unii. Uprawia się nawet kawałeczki trochę lepszego gruntu i kosi trawę na stromych stokach. U nas takie pola już zmieniły się w ugory i zarosły samosiejkami. Na pastwiskach konie, chowane dla amatorów jeździectwa. Jest też trochę owiec. Przez chwilę mży, ale wiatr znowu rozgania chmury. Dojeżdżam do szosy E 39 z Bergen do Stavanger. Tu na szczęście jest wygodna ścieżkaHarang rowerowa, którą dojeżdżam do Osoyro, bez rywalizowania z tirami o przestrzeń życiową. Po drodze jeszcze zakupy śniadaniowe na stacji benzynowej. Sprawunki małe: napój, woda, mleko i drożdżówka z cynamonem. Za to szok cenowy - duży. Wszystko to, co mówiono o norweskich cenach, jest prawdą. Taka butelka wody lub soku, za jaką płaci się u nas od 2 do 3 zł, tu kosztuje 28 koron, czyli dokładnie 14 zł. Ciepła, pachnąca bułeczka z cynamonem (podobno specjał regionalny okolic Bergen) 10 zł. Może trzeba było gdzieś wcisnąć zupki w proszku? Ale teraz już za późno. Kosmos jest pełen energii i trzeba będzie ją stamtąd czerpać bezpośrednio.

GranvinW Osoyro docieram na brzeg Bjornafjorden. Odpływają stąd promy, ale ten, który mnie interesuje, rusza z malutkiej miejscowości za wzgórzem, z Hatvik. W budce przy podjeździe na prom płacę 28 koron, wchodzę na pokład, wpycham rower na przeznaczone dla pieszych podwyższenia przy burcie i patrzę. Silny wiatr wzburza półmetrowe fale. Woda jest turkusowa, a po chwili słońce oświetla zalesiony brzeg, od którego odbiliśmy. Nad nami krążą krzyczące mewy. Przez dwadzieścia minut czuję się jak wiking ruszający na podbój nieznanych lądów. Prom przybija do przystani w Venjaneset tak precyzyjne, z centymetrową dokładnością, jakby nie był całkiem sporym statkiem, wystawionym na silny wiatr. Brzeg malowniczy, skaliste cyple, wyżej zalesione wzgórza. Trochę trzeba podjechać, trochę się zjeżdża i tak wzdłuż brzegu docieram do Eikelandsosen. Na drodze nareszcie prawie pusto. W Eikelandsosen skręcam w głąb lądu. Wspinam się na stoki, docieram do jezior i znad Skogseidvatnet widzę pierwsze ośnieżone wierzchołki gór. Na zjeździe do Mundheim jest mi trochę zimno, ale jeszcze zdążę się ogrzać w słońcu nad cichą zatoczką. Jestem już nad fiordem Hardanger. To jeden z największych i najbardziej znanych w Norwegii. Siedzę przy małej żwirowej plaży, przede mną pas mokrych kamyków, bo jest odpływ. Para łabędzi pływa koło brzegu (ja wiem, że to kicz, ale co poradzić, są tu, a nie będę ich płoszył). Słońce jest już dosyć nisko, a niebo, nie wiedzieć kiedy, zrobiło się bezchmurne. Odbija się w gładkiej tafli fiordu i wszystko staje się błękitne, nawet odległe góry na drugim brzegu.

Nyer(Z promu widać miejsce w którym łądzą się fiordy Naeroy i Aurland).

To już moja 36 godzina bez snu, ale wcale nie jestem zmęczony. Ruszam w stronę najbliższego kempingu, który ma być w Strandebarm. Po drodze rozglądam się za ewentualnym miejscem do rozstawienia namiotu na dziko. Nic z tego. Prawo Każdego Człowieka wprawdzie obowiązuje w Norwegii i mogę legalnie biwakować jedną noc, byle nie na terenie ogrodzonym i nie bliżej niż 150 m od zabudowań, ale tu po prostu takiego miejsca nie ma. W lewo skały, w prawo stromy stok opadający do fiordu. Miejsca o trochę łagodniejszym nachyleniu zarośnięte gęstwiną krzaków i drzew. Właściwie jedyne kawałki, gdzie dałoby się rozstawić namiot, to ogródki przy domach. Pewnie znalazłaby się jakaś opuszczona hytta z trawnikiem, ale aż tak zdesperowany nie jestem. Są podjazdy i zjazdy, określenie trawers jest chyba nieznane miejscowym drogowcom. Pogoda coraz lepsza, wciąż widno, ale czuję już wieczorny chłód. Nad zatoką, za ujściem rzeczki zauważam kilkanaście przyczep. Pytam ludzi siedzących przed jedną z nich o recepcję i dowiaduję się, że powinieniem odszukać właścicielkę kempingu, która mieszka w pobliżu. Pani, którą odrywam od kolacji, okazuje się bardzo sympatyczna. Specjalnie idzie ze mną, żeby pokazać mi miejsce na rozbicie namiotu, bo jak twierdzi, nie każdy kawałek się nadaje. Bywają tak kamieniste, że nie sposób wbić szpilek w ziemię. Wybieramy miejsce nad samym brzegiem, z widokiem na idealnie gładkie lustro fiordu, w którym odbijają się ośnieżone góry z drugiego brzegu. Pani bierze 80 koron, 20 koron reszty wydaje w pięciokoronówkach, żebym miał monety do prysznica. Radzi, żebym się ciepło ubrał na noc, bo ma być przymrozek. Jeszcze chwila podziwiania widoków i zaszywam się w śpiworze. Całe szczęście, że kupiłem model gwarantujący tzw. komfort termiczny do -5 st. Producent dotrzymał słowa. Dzięki temu śpię, a nie szczękam zębami.

 

II

30.05

NyerO szóstej rano wychylam głowę z namiotu, na trawie jest szron. Zasuwam klapę, przewracam się na drugi bok i śpię do ósmej, kiedy słońce już porządnie nagrzewa namiot. Wychodzę i prawie podskakuję z radości, bo pogoda jest taka, na jaką w ogóle nie liczyłem, jadąc do Norwegii. Na niebie nie ma nawet chmurki. Widoczność jest fantastyczna. Przez kwadrans spaceruję po mikroplaży i obserwuję przypływ. Wchodzę do wody, która wcale nie jest tak zimna, jak się spodziewałem. Myślę, że wystarczą dwa tygodnie ze słońcem, żeby latem kąpać się w takich osłoniętych zatoczkach, jak ta przy kempingu. Woda w fiordzie jest zaledwie słonawa. Może to górna warstwa, zwłaszcza tu, przy ujściu rzeki. W niedzielnym, powolnym rytmie pakuję się, zjadam trochę rodzynek, nalewam do butelki kranówkę, która nie ustępuje smakiem mineralnej z górskiego uzdrowiska i ruszam w drogę. Polary i czapki głęboko w sakwach, to pogoda na cienką bawełnianą koszulkę. Droga, zresztą z natury mało uczęszczana, w niedzielne przedpołudnie jest pusta. Przejeżdżam pierwszy krótki tunel, a właściwie tunelik. Stoki gór wystawione na promienie słońca szybko się nagrzewają: pachną czeremchy, świerki i jabłoniowe sady, których jest coraz więcej. Są kolorowe domki, wyspy na fiordzie, łodzie, a w jednym miejscu pod kwitnącymi jabłoniami pasie się kilka owiec. Jagniątka wśród kwiatów. To już zakrawa na przesadę. Droga oddala się od fiordu nad jezioro Eidesvatnet. Woda ma inny odcień niż morska, pewnie za sprawą ciemnych porostów na głazach wyścielających misę jeziora. Jadę wolno, co chwila coś fotografuję albo gapię się na okolicę z kolejnych punktów widokowych. W Norheimsund dojeżdżam do drogi nr 7, która kiedyś była główną trasą łączącą Bergen z Oslo. Teraz na szczęście nie ma tu ruchu tranzytowego. W mieście sprawdzam, czy miejscowy bankomat zaakceptuje moją kartę. Wszystko działa, więc funduję sobie odrobinę luksusu, sałatkę ziemniaczaną za 30 koron, w sklepiku przy stacji benzynowej. Ileż to radości mogą dać człowiekowi gotowane ziemniaki w sosie jogurtowo-majonezowym. W normalnych warunkach całkiem smaczne, a w tych - rarytas.

Kaypanger(Słoneczne popołudnie w zatoce koło Kaupanger. Kiedy kilkaset metrow dalej na fiordzie Sogne wial chłodny wiatr, tu bylo wyjątkowo ciepło)

Za Norheimsund wąska boczna odnoga fiordu wcina się daleko w głąb gór. Chciałoby się dłużej pooglądać zieloną toń Fyksesund, ale nie ma jak, bo trzeba przejechać przez most z ruchem wahadłowym, regulowanym przez światla. Most jest wąski, ale architektura tak nowoczesna, że trudno uwierzyć, iż pochodzi z lat 30. Śpieszę się, żeby nie blokować samochodów i muszę się przyłożyć, bo jak to w Norwegii, środowa część mostu wznosi się dosyć wysoko, żeby statki przepływały dołem bez przeszkód. Po południu przez godzinę wygrzewam się na miejscu parkingowo-widokowym, rodzaju skalnej półki nad fiordem. Wędkarze stojąc na brzegu łowią na dużej głębokości, bo skalna ściana opada tu niemal pionowo. Rewelacyjnych sukcesów nie odnoszą, bo tylko raz w ciągu godziny wyciągają coś większego. Tu lodowiec znacznie silniej podcinał północne stoki doliny, póżniejszego fiordu. Są miejsca, gdzie droga jest wykuta w skale. Niezbyt długie tunele omijam fragmentami starej trasy, bardzo malowniczej. Planowałem, że dojadę do Granvin, jednak częste przerwy zrobiły swoje. Ale z drugiej strony, jak stwierdzić, że jestem spóźniony? Nigdzie nie muszę dojechać, nikogo pytać o zdanie, zdążyć trzeba tylko na samolot powrotny. Samotna wyprawa ma swoje plusy.

Zatrzymuję się na kempingu w Kvanndal, przy przystani promowej, w miejscu, gdzie fiord rozgałęzia się na kilka odnóg. Kemping leży u wylotu intrygującej, głęboko wciętej doliny. Gdybym miał więcej czasu, poszedłbym w góry, ale cóż. I tak co chwila mam wrażenie, że z konieczności omijam jakieś atrakcje i ciekawe miejsca. Jest prawie pusto, za to drożej, bo płacę 130 koron. Tu do automatów prysznicowych potrzebne są dziesięciokoronówki. Przed północą u wylotu doliny zaczyna dosyć mocno wiać, ale koło pierwszej w nocy, kiedy zapada zmierzch (półmrok trwa mniej więcej do trzeciej), cichnie też wiatr.

III

31.05

Trzeci dzień podróży zaczynam znowu przy idealnej pogodzie. Trasa wzdłuż fiordu Granvin, odnogi Hardanger, jest równie malownicza, co wąska. Kilka razy muszę czekać na mijankach, żeby przepuścić cieżarowki. Nie narzekam, bo widoki są fantastyczne. Raz sam zmuszam tira do zatrzymania się, bo już jestem w połowie zwężenia, a dla nas dwóch nie ma na drodze miejsca. Za kolejnym zakrętem długi zjazd, prowadzący do Granvin. I to już chwila pierwszego pożegnania, bo tu porzucam wybrzeże Hardangerfjordu. Zakupy w sporym sklepie samoobsługowym. Nareszcie udaje się znaleźć coś tańszego. Sałatka kartoflana w promocji za 19 koron, puszka tuńczyka za 10 koron (tyle co w Polsce!), chleb za 18 koron. Są oczywiście też chleby reklamowane jako lokalne, po 30 koron za bochenek, ale mnie wystarczy najtańszy, bardzo smaczny, ciemny, z ziarnami. Chleb po 18 koron znajdę potem we wszystkich sklepach, do których zajrzę, wiec podejrzewam, że państwo dokonało w tej sprawie jakiejś ingerencji w prawa wolnego rynku. Może pomyślano o rowerzystach z południa? Lepiej niech kupią chleb, niżby mieli pustoszyć plantacje truskawek albo wyżerać łososie z hodowli?

Kaupanger(Drewniany kościólek w Kapanger pochodzi z czasów, kiedy królowie norwescy usilowali narzucić  nowe porządki  ludziom przyzwycajonym do swobody z epoki wikingow)

Wyjeżdżając z Granvin, zauważam strzałkę rowerowej trasy do Voss i skręcam z szosy na dróżkę, która doprowadza mnie na brzeg sporego jeziora Granvin. Szlak rowerowy pusty, jeśli nie liczyć jednej pary niemieckich sakwiarzy, których mijam na samym początku. Pokonuję cztery kilometry płaskiej drogi, jak w Holandii, bez żadnych podjazdów. To aż dziwne. Szczęście samotnej jazdy nie trwa bez końca i muszę jednak wrócić na szosę. Najpierw łagodnie do góry, pod wodospad. Dwie spienione strugi wody spadają ze skalnego progu. Imponujące. To pierwszy duży norweski wodospad, który widzę z bliska. U nas coś takiego jak Skjervsfossen byłoby atrakcją ogólnokrajową, tu ma sporą konkurencję. W sumie 150 m wysokości w dwóch częściach. U góry ponad mostem 70 m, a w dole 80 m. Podjeżdżam kilkoma serpentynami, które z daleka wyglądały dość ambitnie, ale okazują się całkiem łagodnie wyprofilowane, oglądam wodospad z góry i ruszam w stronę Voss. Wzgórza łagodnieją, w obniżeniach torfowiska z ciemną wodą, która leniwie się sączy po płaskowyżu. I niestety roboty drogowe. To potrafi zepsuć najbardziej nastrojowy widok. Pojawia się ścieżka rowerowa przy szosie, ale co chwila rozgrzebana przez jakąś koparkę. I tak do samego Voss. Przyjemnie byłoby zjeżdżać, oglądając rozległe zielone doliny i ośnieżone góry wkoło, ale do Voss docieram łagodnie zirytowany, zmęczony ruchem na mijankach, kurzem i upałem, który zrobił się nie wiadomo kiedy. Chyba powinienem być życzliwiej nastawiony do tego miasta, bo tu i średniowieczny kamienny kościół, i krzyż z epoki wprowadzania chrześcijaństwa w Norwegii i ośrodek sportów ekstremalnych, ale myślę tylko o tym, żeby wydostać się w plener.

urnes(Najstarszy z norweskich kościółków stav znajduje się wUrnes. Udalo mi się go zobaczyć  przed wejsciem ekip konserwatorskich, które muszą powstrzymać osuwanie  się gruntu i konstrukcji)

Główna obecnie droga łącząca Bergen z Oslo (E 16) nie jest może najlepszym miejscem na relaks w ciszy, ale nie mam wyboru, muszę się podzielić szosą ze zmotoryzowanymi bliźnimi. Za to już wkrótce jest nagroda - kemping u stóp wodospadu Tvindefossen. 150 m skalnej ściany, wyciosanej w gigantyczne stopnie i biała kurtyna wody. Wieje wiatr, unosi wodny pył, który opalizuje w promieniach słońca. Przez godzinę wtapiam się w rytm Wszechświata. Absolutne lenistwo i urlop od myślenia. Siedzę na kamieniu i gapię się na wodospad, a słońce obniża się do linii sosen na krawędzi góry. Pytam recepcjonistę o wyglądzie wikinga sprzedającego łupy wprost z drakkara, gdzie się mogę rozbić. Zakreśla ręką rozległe półkole i mówi, że wszędzie. Za tę swobodę płacę 120 koron. Najpierw usiłuję zagospodarować kawałek w pełnym słońcu, ale jest wyżwirowany pod przyczepy. Idę dalej pod sam wodospad i w miękkiej trawie zakładam obozowisko. Nigdy w życiu nie spałem pod wodospadem i pora to zmienić. Śpi się świetnie. Polecam.

 IV

1.06

Dzisiaj trochę emocji i mobilizacji wewnętrznej. Przede mną przejazd przez góry do fiordu Sogne, a dokładniej do jego odnogi Naeroyfjorden, uchodzącego za najwęższy (ok. 300 m) i jeden z najbardziej malowniczych fiordów Norwegii (głównym konkurentem jest Geiranger). Trzeba będzie sforsować przełęcz. Czy podjazd będzie stromy, czy pogoda się utrzyma? Na niebie cirrusy, zwiastujące pogorszenie aury, ale może jeszcze dziś obejdzie się bez deszczu. Droga prowadzi wzdłuż rzeki. W korycie skałki i bystrza. W pewnej chwili pojawiają się pontony. Wydaje mi się, że to grupa turystów, ale po paru minutach widzę szkolną lub przedszkolną wycieczkę. W pontonach są kilkulatki. W kamizelkach ratunkowych, kaskach, dzielnie wiosłują po wodzie, która u nas uznano by za ekstremalnie groźną. Znakomicie sobie radzą. Żadnych pisków, tylko skoordynowana akcja wioseł i dokładne wypełnianie poleceń opiekunów. Nic dziwnego, że niespełna pięciomilionowa Norwegia jest sportową potęgą.

Balestran(Za rufą łodzi ekspresowej pozostaje dziewiętnastowieczny hotel w Balestrand, z którego  brytyjscy turyści epoki wiktoriańskiej wyruszali w góry i na lodowce)

Na rozwidleniu dróg skręcam w prawo i bez przesadnej fatygi wjeżdżam na brzeg wielkiego jeziora Oppheimsvatnet. Myślałem, że będzie jakaś skalna ścianka, może z wodospadem i parę serpentyn, a tu nic z tych rzeczy. Słońce chowa się za chmurami, wieje zimny wiatr, śnieżne łaty na stokach są naprawdę blisko. Jadę przez rozległy płaskowyż i rozglądam się po okolicznych górach. Który stok trzeba będzie sforsować? I w końcu zupełna niespodzianka. Od strony Voss, skąd jadę, niemal nie ma podjazdu. Z głównej drogi, która wpada w tunel, skręcam na boczną dróżkę, na dawny królewski gościniec przez Stalheim do Gudvangen. Kilka minut i jestem przy hotelu, który kiedyś był stacją popasową dla podróżnych jadących powozami do Bergen. Tu wymienianio zmęczone konie na wypoczęte, zdolne dociągnąć powozy do Voss. Rzut oka spod hotelu w dół, wyjaśnia, dlaczego szkapiny wymagały reanimacji po przebyciu ledwie kilkunastu kilometrów z portu w Gudvangen. Droga opada na dno doliny Naeroydalen w kilkunastu serpentynach. Trochę ponad 300 m różnicy poziomów w jednym rzucie. To i tak najdogodniejszy przejazd, bo gdzie indziej są skalne ściany, na których bielą się i huczą dwa wodospady.

Góry wokół jakby urosły. Niektóre szczyty wyglądają jak opiłowane, zaokrąglone przez lodowce. Obniżam siodełko, żeby zjechać, a nie pokoziołkować w dół trasą reklamowaną jako najbardziej stroma droga Norwegii (do 25 proc.), ale w połowie stoku stwierdzam, że to bez sensu. Ściskam hamulce zbielałymi palcami, koncentruję całą uwagę na zakrętach i asfalcie (niedawno położono nowa gladką warstwę) i w ogóle nie patrzę na boki. Resztę serpentyn wiec przechodzę, obserwując ośnieżone wierzchołki, zielone dno doliny i wodospady. Ruch jest minimalny, bo dla aut jednokierunkowy. Po remoncie drogi samochody mogą tu tylko zjeżdżać. Podjazd jest otwarty wyłącznie dla rowerzystów, którzy z kolei nie mają wstępu do tunelu. Prawdę mówiąc, nie bardzo wyobrażam sobie wjazd na Stalheim z klamotami (a i bez bagaży - też nieszczególnie). Myślę, że to jest coś dla zawodowych kolarzy, a pozostali dotrą na górę w takim stanie jak dyliżansowe konie z Gudvangen. Jeśli będę tędy wracał, schowam ambicję do kieszeni i od razu dam z buta. Chmury się rozchodzą i krótką drogę przez Naeroydalen przejeżdżam w pełnym słońcu. Rzeka płynie po jasnych głazach. Jest tak przejrzysta, że widać kamienie na dnie. Dolinę ograniczają ściany, mające gdzieś tak koło kilometra wysokości. Coś jak Kościeliska, tylko w sporym powiększeniu. Przez zupełny przypadek dojeżdżam do Gudvangen w chwili, gdy do nabrzeża przybija prom. Schodzi z niego tłum turystow, którzy wsiadają do autokarów. Bardzo dużo Hiszpanów i Japończykow. Prom płynie dalej do Kaupanger. To już ostatni dziś, mam więc spore szczęście, bo zobaczę Naeroyfjorden przy pięknej pogodzie. Inaczej niż z pokładu nie sposób tego zrobić, bo na jednym brzegu jest zaledwie krótki kawałek drogi do małej osady, a dalej już trzeba łodzią. Woda wydaje mi się bardziej zielonkawa niż w Hardanger. Płacę 220 koron, lokuję rower tak, żeby nie przeszkadzał nikomu i wchodzę na górny pokład. Chciałoby się mieć oczy naokoło głowy, bo prom płynie szybko, co chwila perspektywa się zmienia, pojawia się coś nowego, a coś znika z pola widzenia. Zazdroszczę wiosłującym koło brzegu kajakarzom, którzy mogą wszystko oglądać dokładniej. Sceneria jest niewiarygodna. Może są na świecie piękniejsze miejsca, ale ja już niczego więcej nie żądam. Zdjęcia i opisy nie mogą w pełni oddać tego natłoku skał, wodospadów, śniegu i drzew odbijających się w gładkiej, szmaragdowej toni. Nie będę więc konkurował z literackimi sławami. To jest jak Tolkienowska kraina Valarów. Kiedy prom wypływa na otwarte wody Sognefjorden, który ma tu kilka kilometrów szerokości, pojawiają się chmury, fale i wszystko szarzeje. Tylko w dali wciaż lśnią śniegi nad Naeroyfjorden.

rafting

(Okolice Voss słyną z turystyki aktrywnej oraz sportow ekstremalnych. Dzieciaki dzielnie wiosłowały po rwącej rzece kilka kilometrów poniżej Vonje.)

W Kaupanger podjeżdżam wzdłuż brzegu do samobsługowego kempingu, a właściwie pola namiotowego, ale jest za wcześnie na biwakowanie. Imponuje mi zaufanie właściciela do turystów. Oglądam dokładnie drewniany kościółek w Kaupanger. Podobno stoi tu od końca XII w. kiedy odbudowano miejscowość po wielkim pożarze, który nie był bynajmniej przypadkowy. Zaczęło się od dyskusji miejscowych kupców z którymś z wielmożów, albo nawet z królem, na temat podatków. Od słowa do słowa... i miasteczko się spaliło. Wokół kościoła cmentarzyk. Daty na nagrobkach sugerują, że kto nie zginie na morzu albo przy robocie w lesie, ma tu spore szanse przekroczyć dziewięćdziesiątkę. Z cmentarza kojący widok na fiord, góry i lasy. Ile to już pokoleń tu spoczęło od XII w.? Jak daleko w przeszłość sięgają korzenie rodzin dziś mieszkających w Kaupanger? Ale dość pytań o zagadkę bytu, bo słońce już nisko nad świerkami. Pora jechać w stronę Sogndal przez góry i lasy, a dokładniej mówiąc, najpierw pod górę, a potem w dół, na kemping w Kjoernes. Szybko odkrywam, że to mój numer 1 w tej branży w Norwegii. Absolutny luksus za 80 koron na dobę. Łazienki jak w hotelu czterogwiazdkowym, kuchnie, pralnie, zadaszone tarasy, żeby zjeść posiłek, kiedy jest ładna pogoda i jadalnie w budynku na wypadek deszczu. To, że jest idealnie czysto, to żadna nowość, bo tak jest na wszystkich kempingach w Norwegii, które odwiedziłem, ale tu jest najwygodniej. Warto przyjechać nie na jeden nocleg, ale na cały urlop. Mam sam dla siebie kilkaset metrów kwadratowych przystrzyżonego trawnika na wyrównanym tarasie na skałce. Widok stąd obejmuje Sogndal, fiord i góry, u dołu zalesione, w góry ośnieżone. Wieczór jest długi, nie chce mi się spać. Po północy schodzę jeszcze nad fiord. Wciąż jest widno, ale zachodni wiatr wyciąga coraz to nowe pasma chmur. Wygląda to nawet ładnie, ale wróży marną pogodę. Ale może tu nie sprawdza się prasłowiańskie prognozowanie?

 V

2.06

Niestety, kiedy wieje o zachodzie słońca, to na deszcz. Nie ma zmiłuj. Czy to nad Wisłoką czy nad Sogne, jest tak samo. Rano chmury gęste i niskie. Zostawiam więc namiot na miejscu, żeby mieć w razie czego schronienie, płacę za drugą dobę i wybieram się na małą wycieczkę. Może do kościółka stav w Urnes? Chyba zdążę obrócić przed deszczem. Tu nawet w pochmurny dzień pejzaż ma urok. Woda w fiordzie jest zielonkawa, rzeka niosąca wodę z jeziora Hafslovatnet rwie po głazach, jakby była łososiowym potokiem z Alaski. Tylko niedźwiedzia łapiącego ryby brakuje. Zjeżdżam nad rzekę, żeby grzecznie, zgodnie ze strzałkami, objechać tunel. Trochę psuje scenerię elektrownia, na domiar złego ograbiająca z wody wodospady, które musiały tu być potężne. Teraz zostały wypolerowane przez wodę skały, między którymi coś ledwie ciurka. Rzeka poszła na turbiny przez tunel wykuty w skałach. Na górze nad jeziorem nieźle dmucha, ale mi to nie przeszkadza, bo po małych zakupach (chleb jak zwykle po 18 koron i dwie pomarańcze za 20 koron) odbijam w dolinę, którą mknę do przystani promowej w Solvorn. Na promie oprócz mnie tylko dwie pary, obie w romantycznym nastroju. Bilety (50 koron, drogo, bo pływają tędy tylko turyści) sprzedaje barczysty blondyn. Wygląda jak wcielenie rojeń małych, koślawych szatynów o aryjczykach w typie nordyckim. Do twarzy byłoby mu z tarczą i toporem. Podobno wikingowie też się tatuowali, więc jego dziary są całkiem na miejscu w tej scenerii. Ale czy praojcowie wbijali sobie tyle kolczyków? Kiedy wyczyścili parę miast w Anglii i Francji z biżuterii, to pewnie też. Pytam go, do której prom kursuje. Mówi, że do 17, ale na wszelki wypadek lepiej być ciut wcześniej, bo jeśli nikogo nie widać na brzegu ani pod kościółkiem, to już mogą zostać w Solvorn. I darmo krzyczeć "podaj prom!". Na drodze do kościółka udaje mi się osiągnąć taką prędkość, jak zakochanej parze z Niemiec, idącej spacerowym krokiem wśród plantacji malin.

rzeźba(Trudno uwierzyć, że ten drewniany filar wyrzeźbiono w czasach, kiedy w Polsce Boleslaw Krzywousty wojowal z cesarzem niemieckim)

Budowniczowie sprzed 900 lat postanowili, że ich dzieło musi być widoczne z daleka i teraz trzeba się pofatygować pod górkę. Panorama spod kościółka imponująca. Łatwo uwierzyć, że to wzgórze było też miejscem pogańskiego kultu. Kościół z ciemnego drewna, na tle fiordu i ośnieżonych gor, prawie na odludziu, jeśli nie liczyć kilku domów, ma w sobie coś mistycznego. To zdaniem historyków najstarszy z drewnianych kościołów Norwegii i najmniej zmieniony w czasie kolejnych remontów. Większość sosen użytych do budowy ścięto ok. 1129 r. Wykorzystano też elementy z jeszcze starszego kościoła, pierwszej chrześcijańskiej budowli w tym miejscu. Oglądam zdobienia na północnej ścianie: rzeźbioną drewnianą kolumnę i portal, na którym jakieś zwierzę walczy z wężopodobnymi stworami. Chyba to symbol walki dobra ze złem, ale pewnie znawca sag mógłby precyzyjniej objaśnić scenę. Są tacy, którzy w czworonogu przypominającym charta dopatrują się psa, symbolu wierności, a inni lwa. Myślę, że ci drudzy idą ciut za daleko. Przecież wtedy nad Sogne, skąd wyprawiano się też nad Morze Śródziemne, znalazłoby się kilka osób, które widziały prawdziwe lwy na wybrzeżach dzisiejszego Maroka, Tunezji albo w cesarskim zwierzyńcu w Konstantynopolu. Te rzeźby są jak wyspa ominięta przez nurt czasu. Relikt świata tak odległego, że trudno uwierzyć w jego istnienie. A może gdzieś na portalu jest runiczny napis w rodzaju "Powiedz przyjacielu i wejdź"? Swoboda w kształtowaniu ozdobnej linii, a zarazem dramatyzm sceny, jak na znakomitej grafice. Historycy sztuki wyodrębili nawet osobne cechy stylu urnes, ostatniego etapu oryginalnej, zrodzonej nad fiordami sztuki wikingów. Później artyści norwescy w coraz większym stopniu czerpali wzory z południa, a to co własne, wypadło z łask aż do XIX w. Na szczęście średniowieczni cieśle budowali tak solidnie, że kościółki stav dotrwały do czasów, kiedy na powrót odkryto ich urodę i zaczęto chronić. Kusi mnie droga wzdłuż brzegu Lustrafjorden, wąska i zupełnie pusta. Nie pada, więc ruszam przed siebie. Co pewien czas przejeżdżam przez dziwaczne mostki w drodze, zrobione z okrągłych metalowych rurek. Ponieważ w tych miejscach do drogi dochodzą ogrodzenia pastwisk, domyślam się, że to ma być bariera dla owiec. Może dla owiec to wytarczy, ale sprytne kozy, jestem pewien, nie dadzą się na to nabrać.

Koło osady Kroken wylot wąskiej doliny z postrzępionymi skałkami. W pewnym momencie otwiera się widok na góry po drugiej stronie fiordu. Rozległa biała kopuła, z której wystaje kilka ciemnych szczytów to pewnie fragment lodowca Jostedalbreen. Potężny i groźny pod pokrywą ciemnych chmur. Oglądam wodospad Feigumfossen i kiedy się zastanawiam, czy podejść w górę, żeby lepiej zobaczyć, jak spada z wysokości 200 m, zaczyna kropić. Najpierw delikatnie mży, ale już wkrótce kurek się odkręca. W ruch idą obie peleryny, polar i czapka. Na buty trafiają samorobione ochraniacze z toreb foliowych i skocza. Wyglądam jak Poleszuk idący w łapciach na bagna, ale nie ma kto podziwiać tego malowniczego widoku. Zmokniętym owcom jest wszystko jedno. Na odwrót do promu już za późno, trzeba jechać dalej do Skjoelden. Po drodze trzy tunele. Dwa po kilkaset metrów, a jeden chyba coś koło kilometera. Oczywiście nieoświetlone, bo naprawdę szkoda prądu dla tych czterech samochodów i dwóch rowerów, które mogą tędy przejeżdżać w ciągu doby. Takiego wrażenia absolutnej ciemności nie doświadczyłem nigdy wcześniej. Migająca dioda zupełnie nieprzydatna, bo przy niej nic nie widać. Na szczęście mam też przyzwoitą lampkę, która oświetla kawałek drogi i nierówne, jakby rąbane siekierą ściany. Tu i ówdzie na poboczu jakiś kamień. Widać spadł ze ściany lub stropu, a jakaś dobra dusza odsunęła go ze środka drogi. Przenikliwy ziąb i cisza. Tylko odgłos spadających kropel. Nie mam duszy speleologa ani krasnoluda, nie dla mnie skarby i zagadki podziemi. Z ulgą wyjeżdżam w deszcz, który wydaje się ciepły, wbrew oczywistym faktom (termometr w Skjoelden pokaże 9 stopni). To nawet ciekawe oglądać fiord w ulewie, bo bez tego doświadczenia, o którym piszą właściwie wszyscy podróżujący po Norwegii, byłbym jakoś uboższy. Chmury w pewnym momencie układają się w trzy warstwy: nad samą wodą, w połowie stoków i nad szczytami. Dzięki długiemu daszkowi czapki mogę się napawać widokiem, bo inaczej deszcz zalewałby mi oczy. Na drodze kilkucentymetrowa warstwa wody. Ale ja, przebiegły, mam błotniki. Następne siedemdziesiąt kilometrów przynosi zbliżone doświadczenia. Kiedy wieje silniej, deszcz jest drobniejszy, gdy wiatr cichnie - bardziej rzęsisty. Przejeżdżam przez zupełnie wyludnione miejscowości. Pewnie omijam coś ciekawego w Skjolden i Luster, ale nic na to nie poradzę. W Gaupne most na rwącej rzecze. Woda mlecznoturkusowa, widać, że płynie z lodowca. Potem podjazd w rejon Hafslo, żeby się rozgrzać i zjazd, żeby się schłodzić. Różnica wysokości nie jest duża, wszystkiego może 200 m, ale na zjeździe szczerze żałuję, że nie mam rękawiczek. Jeszcze kawałek wzdłuż fiordu, most w Sogndal i kemping w Kjornes. A tam rozkoszny gorący prysznic i nura w śpiwór. Za mną ponad 100 km, z tego ponad 70 w deszczu. Udało mi się uchronić polar, spodnie i buty przed przemoczeniem. To już coś. A mój namiot to teraz nie maleństwo 130 na 210 cm, tylko pałac! Ciepły i suchy. Chwała konstruktorom namiotu Andy! 

VI

3.06

Bergen(Przez wieki kupiecka dzielnica Bergen była najważniejszym ośrodkiem handlu w Norwegii, zawijaly tu statki z Niemiec, Anglii i Dalekiej Pólnocy)

Pada w nocy, pada rano, ale koło południa coś się zmienia. Wiatr rozrywa chmury, pojawiają się okna błękitu. A więc to był incydent, a nie ostateczny koniec dobrej pogody. Jadę do Sogndal na zakupy (z ciekawych rzeczy jest sałatka z krewetek w promocji za 20 koron i suszone morele za 30 koron). Potem w stronę Leikanger, najpierw wzdłuż brzegu Sogndalsfjorden, a potem już nad Sogne, który tu ma kilka kilometrów szerokości i ponad kilometr glębokości. Trasa niemal spacerowa, z niedużym ruchem, tuż nad wodą. Na objazdach tuneli okazja do oglądania kęp kwiatów w skalnych szczelinach. Sporo tu różowych centurii. Za Leikanger chmury znienacka wyskakują zza górskiego grzbietu i zaczyna padać. Zarządzam więc odwrót, nie dojeżdżając do wodospadu Kvinnafossen. Trochę szkoda, ale swój przydział deszczu wybrałem już wczoraj. Grzeszę małodusznością, bo po kilku kwadransach pojawia się słońce, nisko już co prawda nad horyzontem. Drewniane domki otoczone mokrymi, pachnącymi bzami, spokój i świeżość wiosennego wieczoru przypominają mi majowe spacery, gdy jako kilkulatek dreptałem z babcią nad San. Wracając, zaglądam na przystań promową w Sogndal, a tam rada dla podróżnych, żeby rezerwowali sobie telefonicznie miejsca na łodziach ekspresowych. Teraz już za póżno, żeby gdziekolwiek dzwonić, więc nie wiem, czy się zabiorę do Bergen. Jeżeli się nie uda, to trzeba będzie jechać do Kaupanger, płynąć do Gudvangen, a stamtąd jechać przez Voss do Bregen. W ten sposób nie zobaczyłbym Sogne na całej długości aż do morza, na co miałem nadzieję. Jak będzie, okaże się rano.

VII

4.06

Pobudka o czwartej, pierwsza taka od przylotu do Norwegii. Mogą mi zachwalać rozmaici znawcy wyruszanie w plener, gdy ptaki zaczynają swoje trele, a jeleń ryczy jeszcze nad jeziorem, ale chyba o tej porze wolę spać. Na szczęście jest słońce. Zwijam mokry od rosy namiot, upycham klamoty i dalej do portu. Melduję się na pokładzie o siódmej, na pięć minut przed odpłynięciem łodzi ekspresowej, a właściwie całkiem sporego statku linii Fylkesbaatane. Nie ma kłopotu z biletem wbrew ostrzeżeniom o konieczności rezerwacji. Może dlatego, że to dopiero początek sezonu. Płacę 570 koron za siebie i 76 za rower. Miejsce na rowery jest przy stojakach, gdzie kładzie się bagaże. Nikt nie grymasi, że rowery, których jest kilka, mogą komuś przeszkadzać. Idę na odkryty pokład, którego jest niewiele, bo tylko kawałek na rufie. Z przodu i tak nikt by nie dał rady ustać z powodu przenikliwego wiatru. Statek gna z prędkością motorówki, zwalania tylko przed portami. Zawija do miejscowości na obu brzegach Sogne. Widok Balestrand z dziewiętnastowiecznym hotelem, ośnieżoną górą i wylotem bocznego fiordu jest niesamowity. Brzegi coraz bardziej oddalają się od siebie, góry się obniżają, ale wciąż jestem na wodach fiordu. Bądź co bądź ma on ponad 200 km długości. Nie wypływamy na otwarte morze, bo w pewnym momencie na końcu Sogne skręcamy w labirynt przesmyków między przybrzeżnymi wysepkami. Te najbardziej wystawione na wiatr są niemal nagie. Kępy roślinności kulą się w załomach między głazami. Niektóre wysepki wyglądają jak grzbiety gór zatopionych przez morze. Bliżej Bergen w lepiej osłoniętych zakątkach są spore drzewa, letnie domki i przystanie z żaglówkami.

W końcu na tle wysokiej góry pojawia się port pełen statków i kolorowe domy. To Bergen. Jest 11.40, co do minuty zgodnie z rozkładem rejsów. Z Sogndal płynąłem 4 godz. 35 min. To najszybsze połączenie, bo autobusem jedzie się co najmniej pięć godzin. Wysiadam na Strandkaiterminal i muszę szybko ściągnąć polar. W czasie rejsu było zimno, a tu panuje upał. Miasto deszczu, gdzie podobno pada przez 250 dni w roku, teraz pławi się w słońcu. I pomyśleć, że planowałem zwiedzanie Bergen w ostatniej kolejności, jeżeli mi wystarczy czasu. Tymczasem to najbardziej efektowne ze wszystkich dużych skandynawskich miast, które widziałem. Podoba mi się bardziej niż Sztokholm i Kopenhaga, pewnie dzięki tej górze tuż nad zatoką i lazurowi nieba. Dochodzę z rowerem do Targu Rybnego, który nie jest specjalnie rozległy. To raczej atrakcja turystyczna z barami sałatkowymi i kanapkowymi niż miejsce handlowania na większą skalę. Gdyby nie konieczność manewrowania objuczonym rowerem w tłumie turystów, pewnie by mi się bardziej podobało, ale i tak muszę przyznać, że zbiorniki z żywymi homarami są niezłe. I nareszcie widzę sztokfisza, czyli wysuszonego dorsza. Hmm, mumifikowana ryba. Ciekawe. Idę do Bryggen. Po pożarach i przebudowach z dawnej hanzeatyckiej dzielnicy kupieckiej pozostało kilkadziesiąt domów. Kolorowe fasady wychodzą na nabrzeże. Za nimi, oddzielone wąskimi przejściami, wykładanymi tak jak w średniowieczu deskami, stoją połączone ze sobą domy. Niegdyś były to magazyny, sklepy i kantory, teraz króluje sprzedaż pamiątek. Dotykam skóry renifera, jest rozkosznie puszysta w dotyku. Miło byłoby pogłaskać żywego renifera, ale to nie tym razem.

Kiedyś w Bryggen musiał panować ścisk jak na przeładowanym okręcie. Dlaczego wszystko tu jest tak stłoczone? Podobno chodziło o ochronę towarów zgromadzonych w magazynach, pieniędzy i odseparowanie niemieckich kupców od tubylców. Z Bryggen jadę przez dziewiętnatowieczne dzielnice, Byparken, forsuję rejon dworca i wiaduktów (niezbyt szczęśliwe rozwiązanie, później znajdę lepszą drogę) i zmierzam w stronę Nesttun, za którym są kempingi. Jadę pod górę w upale. Jedyna nagroda to poszerzający się widok na miasto, zatokę, wyspy i góry. W Nesttun, gdzie krzyżuje się kilka dróg, kładek, wiaduktów, mostów i jeszcze jakiś tunel, jestem zdezorientowany. Nadkładam trochę drogi, żeby wyruszyć w stronę Indre Arna. Zaglądam na kemping w Midtun. Jest motel, kilka domków kempinBrygowych i miejsca parkingowe dla przyczep, ale to nie dla mnie. Jadę dalej dwa kilometry drogą wąską, bez pobocza, a za to potwornie ruchliwą. To się dłuży. Odradziłbym tę trasę każdemu, ale nie mogę polecić żadnego objazdu, bo go nie znalazłem. Wydaje mi się, że przy starej linii kolejowej jest coś w rodzaju ścieżki, ale to chyba moje złudzenie. Nareszcie pojawia się dróżka pieszo-rowerowa, potem jest zjazd nad jezioro, zieleń i chłodny wiatr.

Płacę 240 koron za dwa noclegi. Rozkładam i suszę namiot, a sam siadam na brzegu jeziora pod kwitnącą czeremchą. Jezioro Grimevatnet jest wąskie, ma wysokie skaliste brzegi. Tylko tu, przy ujściu strumyka jest trochę bardziej równo. Majestatyczny fiord to nie jest, ale jak na miejsce oddalone tylko 15 km od śródmiescia Bergen, nie ma co narzekać. Woda w jeziorze chłodna, ale kilka minut da się popływać. A potem relaks na trawie. Przed zmierzchem przejeżdżam jeszcze kawałek w stronę Indre Arna. Okolica ładna, ale droga wąska i tak zatłoczona, że nie powtórzę już tego eksperymentu. Koło północy na kemping dociera ekipa młodych Hiszpanów. Nie rozmawiają, ale krzyczą, jakby chcieli przekonać ryby w jeziorze, że żadna mowa nie jest tak dźwięczna, jak kastylijska. A potem rozbiegają się po wysprzątanym, wygrabionym kempingu w poszukiwaniu chrustu na ognisko. Oczywiście nic nie ma, więc idą do pobliskiego zagajnika, z którego wloką konary. Po jakimś czasie ogień płonie tuż koło namiotów i zaczynają się dyskusje przy winie. Atmosfera zlotu gwiaździstego pracowników (branża dowolna) w Bieszczadach. Zasnąć można koło czwartej.

II CZĘŚĆ RELACJI: KLIKNIJ

 

O NAS | KONTAKT | REKLAMY | MAPA STRONY | MAPA XML

Netpress, Iwona Janczarek

ul. Cyklamenowa 5, 05-077 Warszawa
Tel: 604 201 109, E-mail: allpress@pro.onet.pl

NBS - najlepsze strony internetowe