12 listopada 2019, imieniny Renaty, Witolda, Czcibora

Na temat, natemat.com.pl, Piotr Janczarek, Iwona Janczarek
 
Strona główna
Rozrywka i Refleksja
Diety
Podróże
Zdrowie
Dzieci w szkole
Prawo i finanse
Ukraina
Smacznie
Berlin
  Kraje (countries)  Zbadaj się nim wyjedziesz.  Narty na Słowacji  Polska  NARTY  Wyszukiwarka miejsc noclegowych   Warszawa i Mazowsze  Rezerwuj i jedź  Na rowerze. Podróże małe i duże  Przewodniki  Hotel dla rodziny  Miguel Angel
Norwegia na rowerze. Runda nad fiordami, cz.2

CZĘŚĆ II

CZĘŚĆ I RELACJI: KLIKNIJ

VIII

5.06

Hiszpanie zrywają się rano, więc ja też, bo przy nich spać się nie da. Okupują prysznice, szybko się pakują i odjeżdżają. Jakim cudem udało im się nanieść tyle ziemi do łazienki? Przecież na kempingu jest trawnik albo kamienny grys. Recepcjonista pozostaje w stanie lekkiego szoku. Pyta mnie, czy coś wiem o nocnym ognisku. Trudno nie wiedzieć. Mówi, że przecież mogli spalić namioty, także swoje. Ano mogli. W sumie temat na rozprawę o odmiennych postawach wobec ryzyka w kulturze europejskiej. Ja skłaniam się ku nudziarzom, więc postanawiam przyjrzeć się drodze na lotnisko, żeby uniknąć niespodzianek i nie spóźnić się na lot. Chcę też zobaczyć dwie atrakcje turystyczne na południe od Bergen i może dotrzeć na którąś z przybrzeżnych wysp. Znowu jadę do Nesttun, ale tym razem jak mysz nieco oswojona z labiryntem, lepiej radzę sobie na węźle dróg i scieżek koło kościoła. Robię ostatnie większe zakupy. Jest pieczywo, żółty ser, sałatka jarzynowa, zwana tu tak jak u nas włoską, jogurt owocowy, banany. Szaleństwo. Przepuszczam prawie osiemdziesiąt koron. Potem ruszam w stronę Bergen, do kolejnego kościółka stav. Skręcam z drogi 585, a potem wprowadzam i częściowo wnoszę rower po kamiennych schodkach, na wzgórze, które z dołu wydawało mi się sporo niższe. Nie narzekam, bo ścieżka wiedzie przez starodrzew z ogromnymi bukami i świerkami.

Zdumiewające, że na skale i cienkiej warstwie gleby wyrosły takie olbrzymy. Kościół Fantoft jest całkiem spory. Zajmuje środek polany na szczycie wzgórza. Niestety, to tylko kopia średniowiecznej świątyni, która spłonęła osiemnaście lat temu, a została tu przywieziona w XIX w. znad Sogne. Najpierw podejrzewano zwarcie instalacji elektrycznej, ale potem wyszło na jaw, że podpalił ją Varg Vikernes, muzyk blackmetalowy, podpalacz kilku jeszcze kosciołów. Skazany na 21 lat za zabójstwo muzyka Aarsetha, podjął próbę ucieczki z więzienia z bronią w ręku i został złapany. Mimo wszystko skrócono mu wyrok i od roku jest na wolności. Miłosierny jest skandynawski wymiar sprawiedliwości. Nie to, co w czasach jarlów. Niezbyt dobrze wygląda wysoka siatka otaczająca kościół, podejrzewam, że połączona z instalacją alarmową. Wolałbym kamienny murek, nawet naszpikowany, byle dyskretnie, elektroniką. Teraz podwójnie doceniam, jakim skarbem jest świątynia w Urnes, z sosen zrąbanych w epoce, gdy Bolesław Krzywousty wiódł swoich wojów nad Bałtyk. Kopia jest ładna, ale nie tworzy tego nastroju. Drugi zabytek jest na szczęście nie tylko autentyczny, ale jeszcze sprawia wrażenie, że lokatorzy tylko na chwile wyszli pospacerować nad jeziorem. Kilka kilometrów od Fantoft jest Troldhaugen, rezydencja Edwarda Griega. Od parkingu prowadzę rower przez aleję poskręcanych buków. Panuje tu zielony półmrok. Kupuję bilet za 60 koron i idę do domu kompozytora. Wokół ścieżki głazy, kosodrzewina i rododendrony, od kremowych przez fioletowe po purpurowe. Fantastyczne. Willa drewniana, sprawia wrażenie lekkiej, wręcz ażurowej. Wnętrza z wystrojem dziewiętnastowiecznym, ale bez ciężkich pluszowych kotar i obić, prześwietlone słońcem. Mnóstwo zdjęć z epoki, partytury, dokumentacja koncertów, portrety Griega i jego bliskich, karykatury, autentyczne meble i przedmioty codziennego użytku. Niespodzianką jest widok spod domu. Przede mną skalna ściana, opadająca do jeziora. Na jeziorze zalesione wyspy i białe żagle jachtów, dalej wzgórza koło Bergen. Woda, kamień i drzewo. To jest jak synteza norweskiego pejzażu. Teraz rozumiem, że niezwykłość Troldhaugen tkwi nie w samej willi, ale we wtopieniu jej w otoczenie. Doznaję trudnej do wyjaśnienia radości na myśl, że kompozytor, który tak ukochał ojczyste góry, jeziora, fiordy i prastare pieśni, nie musiał gnieździć się w miejskim domu z widokiem na ulicę lub podwórko-studnię. Z Troldhaugen próbuję dojechać na wyspę Sotra, ale trafiam na przebudowę węzła drogowego i tunelu. Kluczę po okolicy po leśnych ścieżkach wśród małych osiedli, ale nie mogę znaleźć żadnej innej drogi na północ. Zawracam więc na południe, w stronę Hjellestad. Z tamtejszej przystani promowej mógłbym popłynąć na Sotrę do Klokkarvik, ale musiałbym tam przenocować, bo już zrobiło się późno i prom niedługo przestanie kursować. A namiot został na kempingu. Pozostaje mi więc wracać, tylko trochę okrężną drogą, żeby jeszcze zobaczyć parę jezior i zatoczek jakby wypreparowanych w pęknięciach skał.

 

IX

6.06

Kolejny dzień fantastycznej pogody. Zobaczę więc po raz drugi Bergen w pełnym słońcu i przy bezchmurnym niebie. Atmosfera niedzielnego poranka, na szosie pusto. Z Nesttun jadę drogą 585, która przechodzi płynnie w ulicę Kong Oscars. Oglądam elegancką dziewiętnastowieczną zabudowę, jeszcze starszą bramę miejską i już jestem pod katedrą. Zaglądam tylko do środka przez uchylone drzwi, bo po pierwsze, zaraz będzie nabożeństwo, a po drugie tu się chodzi do kościoła zdecydowanie na wizytowo, a moje odzienie jest jakby bardziej... pątnicze. Przy ołtarzu widzę duchownego w ornacie i jestem trochę zaskoczony. Wyobrażałem sobie, że tak jak w niemieckich kościołach ewangelickich będzie nosił czarną togę. Widać tu panują inne zwyczaje. Zresztą niby dlaczego nie? Przecież każdy narodowy kościół protestancki sam stanowi o sobie, nie ma władzy zwierzchniej.

Zaczynam spacerowe błąkanie się po zaułkach starówki. Imponujący kamienny kościół Mariacki niestety jest remontowany, cały w rusztowaniach. W Bryggen, trochę mniej zatłoczonym niż poprzednio, mogę dokładniej pooglądać konstrukcję domów. Ciekawe są wsporniki pod wysunięte części domów. Wyglądają jak zrobione z pni i zrośniętych z nimi korzeni. Potem spaceruję po twierdzy, oglądam kamienną salę Hakoona i wieżę Rosenkranza. To szekspirowskie nazwisko, które nam kojarzy się raczej z przedwojenną Górą Kalwarią, nosił szesnastowieczny namiestnik króla duńskiego. Z wieży miał oko na kupieckie statki w porcie, żeby nikt nie kantował go na cle. Ale zimno mu musiało być w tej kamiennej wieży jak cholera. Chyba że sprawił sobie futro z polarnego misia, o co akurat w Bergen, gdzie handlowano towarami z Arktyki, nie było trudno. Potem leniuchuję w przyległym parku koło cudownej kwitnącej japońskiej wiśni. Właśnie zaczyna ronić pierwsze płatki, a to jak mówią niektórzy, jest najwłaściwszy moment, by podziwiać sakurę, odczuwając urodę, ale i ulotność istnienia. Ale gdzie tu łagodna nostalgia, kiedy w słońcu mieni się zatoka, niebo błękitne, domy kolorowe, a wszyscy wyglądają na zadowolonych z życia. Podjeżdżam do portu, w którym zacumował wielki rosyjski statek. Nagle Bergen zapełnia się kadetami rosyjskiej marynarki w charakterystycznych czapkach. W porcie spełniam dobry uczynek (chociaż jeden na dziesięć dni). Pomagam chłopakowi, który ma kłopot z automatem telefonicznym, dodzwonić się do matki do Woroneża z życzeniami urodzinowymi. Na Fisktorgert odkrywam, że zaskakująco wielu sprzedawców mówi po rosyjsku, co prawda z charakterystycznym twardym kaukaskim "stalinowskim" akcentem. Kupuję plaster dzikiego wędzonego łososia za 20 koron. To rozpusta, wiem, ale malutkie kanapeczki z krewetkami są jeszcze o cztery korony droższe. A przy tym sprzedawczyni, która mnie częstuje łososiem na zachętę, wygląda tak, jakby tylko przez przypadek zajrzała tu w drodze do Hollywood. Robię sobie dużą kanapkę z własnego chleba i kupionego łososia.

Zaraz potem jest coś dla ducha. W pawilonie muzycznym koło Bypark zaczyna się koncert. Siedzę nad wodą, patrzę na skalisty grzbiet góry Ulriken i słucham pieśni Solveigi z "Peer Gynta". Boskie. Nie dziwię się, że w Norwegii panuje kult Griega. Po koncercie jeszcze spacer po ogrodzie botanicznym na wzgórzu w dzielnicy uniwersyteckiej. Trawniki pełne studentów łączących przygotowania do sesji z opalaniem się. W pobliskim Nygardsparken trafiam na dzień dobry do kącika narkomanów. Od razu dostaję propozycję kupna znakomitego haszu, po którymy odpłynę na całe niedzielne popołudnie. Sprzedawca chyba sam nie bierze, a przynajmniej tego po nim nie widać, ale po alejce kręcą się dzieciaki już wyraźnie wyniszczone. Smutne i zaskakujące w tym mieście spokojnego dostatku. Et in Arcadia Ego.

Kiedy jadę z powrotem na plac przed muzeum historii naturalnej, słyszę śpiew "Święty Boże". Wyraźnie i po polsku. Czy to już tęsknota za ojczyzną wywołuje omamy słuchowe? Nie. Na placu jest polska stacja procesji Bożego Ciała. Są bielanki sypiące kwiatki, ksiądz z monstrancją pod złocistym baldachimem, ministranci z kadzielnicami, obłoki wonnego dymy, kościelne chorągwie i feretrony. Domyślam się, że procesję przeniesiono z czwartku, który był tu dniem roboczym, na niedzielę. Na oko wśród wiernych przeważają Polacy i Hindusi. Jedyni Hindusi katolicy, o jakich słyszałem, mieszkają głównie w Goa i Kerali. Ci też wyglądają raczej na ludzi z południa subkontynentu, ale to tylko moje przypuszczenia. I skąd ich tylu w Bergen? Wśród bielanek grupka małych Koreanek. Są też Norwegowie, bardzo nieliczni, za to w odświętnych ludowych strojach bunad. Kilku turystów z USA rozważa, co to właściwie za uroczystość. Co jedna propozycja, to bardziej fantastyczna. Większość skłania się do koncepcji hinduistycznego święta. Koło mnie trzech rosyjskich kadetów. Jeden z nich rozpoznaje obrządek łaciński i polszczyznę krótkiego kazania. Szepcze coś kolegom. Konsternacja. Słyszę: Niemożliwe! Oni, nawet tu? Myślę, że Polacy są nieźle zadomowieni w Bergen i chyba się nie kłócą aż tak zajadle, jak zwykle rodacy na emigracji, skoro zorganizowali procesję. Żeby jednak nie było zbyt pięknie, to rodaków spotykam też na kempingu. Wchodzę do kuchni, nie wiem kim są ludzie, którzy w niej urzędują, rzucam więc ogólnoskandynawskie hei. Nic, milczenie. Trochę dziwne, pierwszy raz spotykam się z taką reakcją. Nalewam wody do butelek, bo po to przyszedłem i znikam. Nie przeszkadzam. Kwadrans potem słyszę nerwową rozmowę po polsku. To ci sami państwo. Na szczęście są cichsi niż Hiszpanie, a przede wszystkim szybciej idą spać. I to dobre.

 

X

7.06 i 8.06

Wysypiam się na zapas, potem suszę namiot, mocno roluję matę i śpiwór, żeby nie robić tego na lotnisku. Od biedy mógłbym spędzić na kempigu jeszcze pół doby, ale to nie ma sensu. Po co zwijać namiot o północy, mokry od rosy, w zimnym wietrze. Pakuję wszystko i w południe ruszam przed siebie. Jeszcze przejazd spacerowy nad Kalandsvatnet, pierwszym jeziorem, jakie zobaczyłem w Norwegii. Potem powolna włóczęga nad Fanafjorden i wygrzewanie się na nadbrzeżnych skałach. Turkusowa woda, białe obłoki i powyginane sosny na skałkach. Myślę: wy tu zostaniecie, a ja będę za wami tęsknił. Wieczorem, kiedy robi się chłodnawo, ruszam na lotnisko przez rejon centrum handlowego Laguna. Potem ścieżka rowerowa i droga, na której jeszcze nie skończono robót. Na lotnisku długi postój. Czekanie, jak to czekanie: lektury, spacery, wikt (ostatnie suszone morele) niezły ma smak. Rano się odprawiam. Rower z odkręconymi pedałami, przekręconą kierownicą i spuszczonym powietrzem jest przyjęty bez żadnego opakowania i żadnych uwag. To jest tu całkiem normalne. Po starcie ostatni rzut oka na przybrzeżne wyspy i morze. Potem pojawiają się lodowce, chmury i.... zasypiam. Budzę się, kiedy na dole widać już wąskie i długie pola. Witaj pasiaku mazowiecki przedkomasacyjny! Wisła szeroka, rozlana i groźna, bo właśnie przetacza się druga fala powodziowa. Lądowanie gładkie. Na Okęciu bez problemu odbieram rower, bagaż, troczę juki i jadę w stronę Pola Mokotowskiego. Pierwsze wrażenie, jakbym wylądował w tropikach: 30 stopni, wilgotno, ostre słońce i bujna zieleń. Powietrze jest tu jakby gęściejsze. Warszawa pełna drzew i kolorowa. Na Polach Mokotowskich sporo plażowiczów, rowerzystów i rolkarzy. Odkrywam kładkę nad Alejami Niepodległości, dostosowaną do jazdy rowerami (fenomen, to chyba jedyna w mieście!). Przez Aleje Ujazdowskie i parki docieram pod dom. To już koniec wyprawy, na którą naprawdę warto było czekać kilka lat. Życie bywa niezłe. A marzenia się spełniają.

Igor Paja

 

O NAS | KONTAKT | REKLAMY | MAPA STRONY | MAPA XML

Netpress, Iwona Janczarek

ul. Cyklamenowa 5, 05-077 Warszawa
Tel: 604 201 109, E-mail: allpress@pro.onet.pl

NBS - najlepsze strony internetowe