1 września 2014, imieniny Bronisławy, Idziego, Bronisza

Na temat, natemat.com.pl, Piotr Janczarek, Iwona Janczarek
 
Strona główna
Rozrywka i Refleksja
Diety
Podróże
Zdrowie
Dzieci w szkole
Prawo i finanse
Smacznie
Berlin
Konkursy
  Kraje (countries)  Narty na Słowacji  Polska  NARTY  Wyszukiwarka miejsc noclegowych   Warszawa i Mazowsze  Rezerwuj i jedź  Accommodation Browser  Na rowerze. Podróże małe i duże  Przewodniki  Hotel dla rodziny  Miguel Angel
Powiadom znajomego

Wyślij link znajomemu

zamknij

Karpaty Ukraińskie i Huculszczyzna. Opowieść i przewodnik.

Pop Iwan w Czarnohorze 

drukuj artykuł z portalu natemat.com.pl

Przełęcz Bukowiecka 

drukuj artykuł z portalu natemat.com.pl

młoda para 

drukuj artykuł z portalu natemat.com.pl

Smotrecz 

drukuj artykuł z portalu natemat.com.pl

Jaremcze, Worochta, Dzembronia, wyprawy na Pisany Kamień, w Czarnohorę na Howerlę i Popa Iwana.

Jaremcze


Bramą na Huculszczyznę i największym kurortem w Karpatach Wschodnich jest Jaremcze. Perła Ukraińskich Karpat jest niewielkim miasteczkiem, którego centrum wytyczają po jednej stronie rzeka Prut, a po drugiej linia kolejowa. Miasto jako uzdrowisko zaczęło się szybko rozwijać w latach dwudziestych XX w.

Główne atrakcje miasteczka, według czyli wodospady na Prucie i sąsiedni jarmark huculski, rozczarowują. Na jarmarku można znaleźć jedynie pseudoludowe wyroby i pamiątki made in China. Same wodospady, choć widowiskowe oblegane są przez turystów i zaśmiecone.

Morskie Oko w JaremczyNie zrażam się jednak do Jaremczy, ponieważ miasteczko jest całkiem sympatyczne. Kilka tutejszych miejsc lubię szczególnie. Fascynująca jest „Skała”, czyli ogromna skalista ściana, wyglądająca jak weselny tort przekrojony na pół, która schodzi wprost do nurtu Prutu. Lubię to miejsce zwłaszcza późny popołudniem, gdy płynąca z wielkim impetem rzeka tonie już w mroku, a promienie słoneczne odbijają się jeszcze od skalistego zbocza. Można tu dojść wchodząc w ulicę Podskalną, przy supermarkecie i dalej prosto. Niedaleko stąd do „Morskiego oka”, dawnej dzielnicy willowej. Klasycystyczne wille z lat dwudziestych XX w., świadczą o dobrym guście właścicieli i talencie nieznanych architektów. Niedaleko centrum znajduję jeszcze sporo dawnych pensjonatów, willi, wybudowanych w stylu zakopiańskim. Niestety, nowe obiekty turystyczne nie nawiązują do dawnej architektury uzdrowiskowej. Po dłuższej wędrówce miło jest odpocząć w kawiarnianym ogródku przy szklance Lvivskiego piwa. Wieczorem główną ulicę rozświetlają świąteczne i noworoczne lampiony, które świecą tu cały rok.

Jaremcze ma dobrze rozbudowaną bazę noclegową, począwszy od prywatnych kwater poprzez pensjonaty do wygodnych i drogich hoteli. Nie ma problemów z wyżywieniem, warte polecenia są restauracje: Huculszczyzna z pięknym wnętrzem oraz sąsiednia tańsza nieco Grażda, obie znajdują się przy wodospadach. Koliba warta jest polecenia głównie z powodu urokliwego tarasu nad Prutem, jest tu jednak dość drogo. Tanio i smacznie zjemy w lokalach typu cafe, wszędzie warto zamawiać lokalne potrawy: pirogi, placki ziemniaczane, piel mieni, barszcz ukraiński. Proste potrawy są zwykle najsmaczniejsze.

Do Jaremczy dojedziemy najprościej mikrobusem z dworca w Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie).

Stacja Worochta

Worochta, dawny pensjonatNie zostaję zbyt długo w Jaremczy, przede mną bowiem prawdziwa Huculszczyzna. O 9.35 odjeżdża pociąg do Rachowa przez Worochtę. Wokół ładnie utrzymanego, stylowego budynku dworca kłębi się już niewielki tłumek pasażerów. Tory kolejowe, biegnące ku tajemniczym górom, zachęcają do podróży w nieznane.

Pociąg wjeżdża punktualnie, oznajmiając swoje przybycie głośnym sygnałem. Tłumek pasażerów wyraźnie się ożywił. Ludzie, przeważnie kobiety, ładują do pociągu wypełnione czymś worki, torby, skrzynki. To towar, który wiozą z Ivano-Frankivska, Jaremczy na bazar w Worochcie. W ciężkich czasach ludzie muszą sobie jakoś radzić. Znamienne, że kiedy brakuje pracy i pieniędzy, los rodziny biorą w swoje ręce kobiety, mężczyźni są zbyt sfrustrowani brakiem perspektyw.

Ruszamy karpacką linią kolejową, wybudowaną pod koniec XIX w. przez rząd austriacki. Przez okno obserwuję nową dzielnicę hotelową Jaremczy. Dziurawa droga prowadzi do drogich, komfortowych hoteli, rozrzuconych na wzgórzu bez żadnego ładu. Znacznie lepiej zatrzymać się w centrum miasta.

Mijamy znane miejscowości uzdrowiskowe: Mikuliczyn i Tatarów. Od Jaremczy aż do ośrodka narciarskiego Bukovel, czyli wzdłuż drogi na Zakarpacie, wsie zabudowane są nowymi pensjonatami i apartamentami dla turystów. Nowy impuls do rozwoju turystyki dała przed kilku laty budowa centrum narciarskiego. Bukovel powstał dzięki prywatnemu kapitałowi, dziś jest to bardzo nowoczesny ośrodek, oferujący ponad 50 km, dobrze przygotowanych nartostrad i bardzo dobrze rozwiniętą infrastrukturę.

cerkiew w WorochcieLinia kolejowa skręca jednak w Tatarowie i oddalamy się od drogi na Zakarpacie. Ledwie pociąg ruszył ze stacji, a już co chwila ktoś oferuje różne towary na sprzedaż, słodycze, napoje, ubrania. Decyduję się na zakup czebureka, tatarskiego pierożka nadziewanego mielonym mięsem, jest bardzo smaczny.

Po około 45 minutach podróży po lewej stronie widać skocznie narciarskie, to już Worochta, jedna z najbardziej znanych wsi huculskich. W okresie międzywojennym na stację w Worochcie wjeżdżały pociągi ze Lwowa i Warszawy, teraz jest to głównie linia lokalna. Ładny, zadbany dworzec z lat międzywojennych nadal wygląda tak, jak na starych pocztówkach.

Z dworca tylko kilka kroków do drogi biegnącej środkiem wsi. Centrum Worochty w czasach sowieckich zabudowano bezstylowymi budynkami. Mijam centrum idąc ulicą w kierunku Werchowyny. Wreszcie odnajduje ślady dawnej Worochty, zachowało się tu sporo willi i pensjonatów, niekiedy bardzo okazałych, zbudowanych w zakopiańskim i szwajcarskim stylu. Odnajduję tu Worochtę, którą widziałem na dawnych pocztówkach.

Rozwój turystyki w Worochcie zaczął się na początku XX w. Tradycje sportów zimowych sięgają również tego samego okresu. Zapoczątkowali je austriaccy żołnierze. Rozkwit, Worochta jako uzdrowisko, przeżywa w okresie międzywojennym, szczególnie po otrzymaniu statusu uzdrowiska w 1928 r.

Mijam cmentarz, na którym odnajduję groby austriackich urzędników noszących polskie nazwiska. Stare kamienne grobowce wyglądają jak z innego świata na tle współczesnych mogił ozdobionych sztucznymi kwiatami i płóciennymi ręcznikami.

Niedaleko cmentarza stoi greko-katolicka cerkiew z pierwszej połowy XIX w. a obok niej prawdziwa perła huculskiej architektury drewnianej – cerkiew z 1608 r.

Do Worochty dojedziemy bezpośrednio pociągiem ze Lwowa, Iwano-Frankiwska, a także mikrobusem z I-F lub Jaremczy. Kursują co kilkanaście minut. Miejscowość ma dobrze rozbudowaną bazę noclegową.

NA HOWERLĘ

Karpaty Ukraińskie są obecnie najbardziej dzikimi górami Europy. Obejmują obszar od Przełęczy Łupkowskiej w Polsce do przełęczy Predeal w Rumunii. Zbudowane są ze skał osadowych: piaskowca, wapienia i łupków krystalicznych. Góry te są rzadko zaludnione i silnie zalesione.

Najwyższym pasmem Karpat Wschodnich jest Czarnohora, jedyne na Ukrainie o wysokogórskim charakterze z piętrem roślinności alpejskiej. W niektórych miejscach możemy się spodziewać śniegu nawet w lipcu. Czarnohora ciągnie się od Przełęczy Jabłonickiej (Tatarskiej) na północy, do przełęczy Szybene na południu. Od północy taczają ją Gorgany Wschodnie i dolina Prutu, od północy i wschodu Beskidy Pokuckie i dolina Czarnego Czeremoszu, od wschodu i południa Połoniny Hryniawskie. Od południa Karpaty Marmaroskie i dolina Białej Cisy, a od zachodu Świdowiec i dolina Czarnej Cisy. Najwyższe szczyty Czarnohory to: Howerla (2058 m), Brebenieskuł (2037 m), Pop Iwan (2022 m) i Pietros (2020 m). Biją tu źródła Prutu, Czeremoszu i Białej Cisy. Główny grzbiet masywu ciągnie się od Howerli do Popa Iwana do Howerli i jest to najpopularniejszy i najbardziej uczęszczany szlak. Na wschód i północ od niego rozciąga się Karpacki Park Narodowy.

xxxxxxxx

w drodze na HowerlęNajkrótszy szlak na Howerlę prowadzi z Zaroślaka. Nie dociera tam żadna publiczna, ani prywatna komunikacja, jedynie samochody osobowe oraz wynajęte mikrobusy i autokary. Większość niezmotoryzowanych turystów dojeżdża mikrobusem lub okazją z Worochty, wysiadając ok. 10 km za wsią (w kierunku Werchowyny) przy drogowskazie „Na Gowierłu”. Stąd trzeba iść do Zaroślaka jeszcze około 4 godzin. Są pewne szanse, choć niewielkie, że po drodze zatrzymamy jakiś pojazd. Jeśli zamierzamy wrócić tego samego dnia, trzeba wynająć sobie transport. Jest to dość kosztowne. Taksówkarze w Worochcie bardzo się cenią, prędzej będą stali cały dzień bezproduktywnie, niż opuszcza coś z 200-300 hrywien za kurs w obie strony i czekanie. Najkorzystniej jest w kilka osób wynająć jakiś pojazd, niekoniecznie taksówkę.

W okresie międzywojennym i przed I wojną z Worochty w pobliże Zaroślaka kursowała kolejka wąskotorowa, z której chętnie korzystali także turyści. Taką podróż odbył sto lat temu i potem opisał Henryk Galle: (...)„Ze środka Worochty, gdzie zamieszkujemy, mimo budynku dworcowego, idziemy w górę Prutu ku tartakowi, gdzie czeka na nas zamówiony już wczoraj pociążek kolejki leśnej.

Na wzgórzu majaczy wśród mgieł kopulasty, przysadzisty kontur drewnianej cerkiewki... Z niewidomej dali donosi się poryk bydła i pobrzękiwanie dzwonków, zawieszonych u szyi krów... Każdy dźwięk rozlewa się szeroko w czystem! rzeźwiącem powietrzu... Nastrój prawie górski.

W pół godziny zajmujemy już miejsca w maleńkim wagoniku osobowym, doczepionym do długiego łańcucha wozów, pełnych desek, wiór, kamieni i robotników tartakowych, ładowanych pniami świerków, zaledwie ociosanych. Ciągnie nas zwolna i statecznie miniaturowa „maszynka”, jak ją nazywają Huculi, ciągnie przez poręby i łysiny leśne, mimo leśniczówki Ardżeluży, aż do potoku Foreszczenki, gdzie kończy się tor.

(...) Od potoku Foreszczenki po godzinie dość stromej miejscami drogi pieszej stajemy u schroniska Towarzystwa Tatrzańskiego w Zaroślaku, skąd po krótkim wypoczynku i posiłku ruszamy w dalszą drogę”.(1)

Czarnohora od strony HowerliOd głównej drogi prowadzącej do Werchowyny skręcamy w prawo, tak jak wskazuje drogowskaz. Jedziemy wzdłuż Prutu, który na Howerli ma swoje źródła. Co chwila wyłania się, dokładnie na przeciw kopulasty kształt najwyższej góry Ukrainy. Po kilkunastu minutach stajemy przed szlabanem. Tu zaczyna się Karpacki Park Narodowy. W budynku obok trzeba się zarejestrować i wykupić bilet. Po drugiej stronie drogi znajduje się sklep spożywczy, który pełni też rolę kafejski, można zamówić herbatę, kawę (prawdziwe espresso) i piwo z beczki.

Im dalej od szlabanu, tym droga jest gorsza. Asfaltową nawierzchnię zastąpiły kamienie. Jednak nasz uaz – mikrobus świetnie daje sobie tu radę. Kilkanaście minut jazdy i jesteśmy w Zaroślaku. Na dużym parkingu stoi sporo samochodów, swoje stoiska rozłożyli handlarze pamiątkami. Po prawej stronie stoi ogromny i bezstylowy budynek bazy sportowej, zbudowany w 1970 r. Nie ma tu żadnej restauracji, ani kawiarni, jedynie miejsca noclegowe, czasami udostępniane są turystom, a czasami nie. Wszystko zależy od widzi mi się obsługi.

Pierwsze schronisko w Zaroślaku powstało już w 1881 r., jednak w 1909 roku spłonęło. Kolejne wzniesiono trzy lata później, ale ono też uległo zniszczeniu w czasie I wojny. Odbudowano je w 1927 r. Do wybuchu wojny było systematycznie rozbudowywane. Ostatni właściciele schroniska zostali zamordowani w czasie wojny przez ukraińskich nacjonalistów, a budynek został zniszczony.

Jest środek sezonu letniego, w dodatku weekend. Z samochodów i autokarów wysypują się tłumy ludzi. Młodzież w nieśmiertelnych granatowych dresach i „adidasach”, zakładowe wycieczki autokarowe. Z reklamówkami wypełnionymi butelkami wody i kanapkami całe to pospolite ruszenia zaczyna szturmować Howerlę. Najwyższy szczyt Karpat Wschodnich jest dla Ukraińców symbolem narodowym, dlatego zdobycie go uważają za patriotyczny obowiązek. Wielu z nich zawróci, droga choć niezbyt długa, nie jest wcale łatwa. Nazwa szczytu pochodzi od rumuńskiego słowa „hovirla” oznaczającego szczyt trudny do przejścia. Jednak turyści mający choć minimalne przygotowanie kondycyjne i odpowiednie buty na pewno sobie poradzą.

Wejście na Howerlę było przed Pomarańczową Rewolucją formą deklaracji polityczno-ideowej. Od kilku lat corocznie w połowie lipca wspinają się tam grupy zwolenników „Naszej Ukrainy” z Wiktorem Juszczenką na czele.

Droga na Howerlę jest dobrze oznakowana. Na początku idę przez las, mając po lewej ręce Prut. Po około 40 minutach droga, jeszcze w lesie, rozwidla się. Na szlak dojdziemy zarówno idąc prosto, jak też skręcając w prawo. Pierwsza droga jest krótsza, druga ciekawsza. Skręcając w prawo po chwili dochodzimy do słupka granicznego, dawnej polsko-czechosłowackiej granicy. Odtąd będą one wyznaczać drogę na samą Howerlę i dalej grzbietem Czarnohory na Popa Iwana.

Mijam las, przeprawiam się przez gęste krzaki kosodrzewiny, a następnie idę połoniną aż na Małą Howerlę. Stąd jeszcze około 45 minut stromego podejścia na sam szczyt. W Czarnohorze Lasy bukowe sięgają na północnych zboczach do wysokości 1300 m npm, a na południowych nawet trochę wyżej. Ponad nimi, aż do wysokości 1800 m npm, rozciąga się piętro lasów świerkowych, a jeszcze wyżej strefa kosodrzewiny, jałowca, różaneczników i innych krzewów. Wierzchołki pokryte są połoninami, jak na Howerli, bądź rumoszem skalnym.

Na Howerlę warto wejść dla widoków, jakie z niej się rozciągają. Wyraźnie widać całe pasmo Czarnohory aż do Popa Iwana z ruinami obserwatorium astronomicznego. Na południu ciągnie się dolina Białej Cisy i rumuńska część Karpat. Na zachodzie samotny szczyt Pietrosa (2020 m npm) a dalej, za doliną Czarnej Cisy góry Świdowca. Wracam krótszą, bardziej stromą drogą. Po prawej stronie mijam znajdujące się w oddali wodospady na Prucie.

Wejście na Howerlę i powrót zajmuje około 4-5 godzin. Trzeba pokonać 800 metrów różnicy poziomów.

Z Zaroślaka do jeziora Niesamowitego

jezioro NiesamowitePolodowcowe jezioro Niesamowite o długości 80 m i szerokości 45 m znajduje się na wysokości 1750 m npm., u stóp szczytu Turkuł (1933 m npm).

W Zaroślaku za kapliczką skręcamy w lewo i przechodzimy przez most na Prucie. Dalej idziemy drogą wybudowaną jeszcze przez Austriaków. Po około 30 minutach opuszczamy las wychodząc na połoninę Maryszewską, docieramy do stacji botaniczno – meteorologicznej Narodowej Akademii Nauk Ukrainy. W tym samym miejscu, w latach 1899 – 1939 działała Stacja Botaniczno – Rolnicza. Teraz trzeba zejść z drogi i wejść na ścieżkę, która prowadzi ostro pod górę przez kosodrzewinę w kierunku zachodnim. Ścieżką dojdziemy na przełęcz między Breskułem a połoniną Pożyżewską. Dalej ścieżka prowadzi w prawo, trawersując Dancerz i Pożyżewską. Po obejściu Dancerza dochodzimy na skraj kotła przy Turkule, a stamtąd do Jeziora Niesamowitego. Dojście i powrót zajmuje około 6. godzin.

(1). Henryk Galle, Tygodnik Ilustrowany Nr 42, ok. 1910 r. (Gazetę tę kupiłem na targu bukinistów we Lwowie, przy pomniku Fedorowa).

 

 

 

 

 

 

PISANY KAMIEŃ

Skąd wywodzą się Huculi?

ślub w Bukowcu, fot. Anna Stolfik„Wysoko ponad przełomem Czeremoszu, w Jasienowie jest góra, wielka połonina Pisany Kamień. Z daleka już wygląda jak potężny kopiec zielony, w kształt ostrosłupa równomiernie usypany, płaszczem lasów czarnych u stóp okryty. A na szczycie połoniny jest wielka skała, niewidoczna z doliny Czeremoszu, znakami, czy też napisami dziwnymi pokryta, wzdłuż równomiernie pęknięta, czy rozcięta, jak sarkofag wiekiem przywalony, ze szczeliną w środku jakby z wejściem U podstawy otacza skałę miękka, bujna trawa. Jak straż tulą się do sarkofagu, wyrosłe w zależności od prądów wichrowych, wielkie chojary lub małe skarłowaciałe smereki. Obok rosną liczne kwiaty: krwawniki i storczyki”. (1).

xxxxx

Mały, żółty autobus z trudem zmieścił wszystkich chętnych czekających na dworcu w Werchowynie. Jadę na stojąco, zgięty w pół, bo niski dach nie pozwala się wyprostować. Od Jasieniowa, gdzie krzyżują się drogi na Werchowynę, Kołomyję i Górny Jasieniów autobus z trudem wspina się po serpentynach. Kierowca wrzuca coraz niższy bieg, a kiedy już ich zabraknie, przystaje co chwila, jakby dla odpoczynku, po czym znów rusza z mozołem. Wreszcie jesteśmy w Bukowcu, na samej przełęczy. Autobus, niczym zmęczony turysta, który właśnie zdobył trudny szczyt, zatrzymuje się na dłuższy odpoczynek. Kierowca gasi silnik, po czym metalowym drągiem otwiera rozsuwane drzwi. Przeciskam się do wyjścia, uważając, aby nie podeptać czyjegoś kosza z jajami i nie zamordować obcasem jakiegoś pisklaka. Drzwi się zamykają i auto żwawo rusza z góry do Kosowa i Kołomyi, zostawiając za sobą kilkoro pasażerów i kłęby dymu.

- Sława Isu – zaglądam do małego sklepiku, w którym panuje półmrok.

– Na wiki Bohu sława – kilka kobiet w różnym wieku przerywa na chwilę rozmowę. Co chwila z gór od Pisanego Kamienia schodzą się ludzie: pieszo, konno, na furmance, motocyklem. Kupują chleb, butelkę piwa i siadają na ławce przy przystanku, jakby na coś czekali.

droga na Pisany KamieńDo Pisanego Kamienia trzeba iść drogą pod górę, tą samą, która prowadzi od przystanku do dalszych zabudowań Bukowca. Za małym cmentarzem, z równie niewielką drewnianą cerkiewką skręca ona w lewo, opasając wzgórze dokoła. Gdyby pójść nią dalej, to po prawej stronie na wzgórzu zobaczymy samotną chatę molfarki Marii Ichnatiewej, która od lat przepowiada przyszłość, leczy ciała i dusze. Na Pisany Kamień lepiej jest jednak skręcić w prawo, w pierwszą dróżkę, która ostro wspina się ku górze. Dalej trzeba iść w lewo i prosto drogą ku wzgórzu, w kierunku widocznego z dala masztu.

Idę ścieżką, przechodząc przez płoty ogradzające pastwiska. Mijam starą huculską chatę, wciąż zamieszkałą. Można tam wejść, zapytać o drogę lub kupić ser. Droga dochodzi do krzyża. Na starych kamiennych fundamentach stoi teraz metalowy krucyfiks. Trudno określić jego wiek, czas i przyroda zatarły napisy. Od krzyża ruszam ścieżką pod górę. Na szczycie droga biegnie prosto, skręcam jednak w prawo, stromo pod górę, by po kilkunastu minutach znaleźć się na połoninie.

Ten widok już skądś znam. „Nowa chata ( należąca do Foki - gazdy ze znamienitego rodu, opisanego przez Stanisława Vincenza), stojąca tam teraz, jasna, biała i pachnąca jeszcze świeżym drzewem, stała wśród rozległych polan sianokośnych, widzialna z daleka. Miała też szeroki widok na okoliczne szczyty, na najbliższy Pisany Kamień, na góry w stronę Kut, na Synycie i Cerkwy w stronę Krzyworówni. Czuby Czarnohory ukazywały się z daleka, a w dole, głęboko w jarze szumiał Czeremosz. Lecz z powodu rozległości i sfalowania łąk, nie było widać Czeremoszu i jego doliny”(2). Tak, to gdzieś tu musiała stać chata Foki. Niewiele się zmieniło od tamtych czasów. Te same lub podobne chaty luźno porozrzucana po górach, pastwiska grodzone drewnianymi sztachetami. Huculi, jak dawniej, kochają przestrzeń i nie lubią bliskiego sąsiedztwa. Chaty nawet wysoko w górach, stojące daleko jedna od drugiej to typowy krajobraz Huculszczyzny. Najprawdopodobniej „samotne” osadnictwo wynikało z poszukiwania dogodnych miejsc do osiedlenia, w trudnych górskich warunkach.

Z połoniny trzeba zejść lasem do drogi. Stąd jeszcze kawałek prosto pod górę, przed wejściem do lasu będzie stałą tablica z napisem: „chroń przyrodę Karpat”. Trzeba iść prosto pod górę. W lesie na małej polance droga się rozwidla, trzeba skręcić w lewo. Stąd jeszcze tylko kilkaset metrów. Szczyt będzie widoczny po prawej stronie. Dochodzi do niego ścieżka.

Pisany KamieńNa szczycie z lasu wyłania się olbrzymia skała w kształcie wydłużonego kopca, przekrojona na dwie części wąskim przesmykiem. Dolne partie są pomazane całkiem współczesnymi napisami, u góry umieszczono obraz Matki Boskiej. Trzeba pójść dalej, wzdłuż skały, przez małą łąkę, gęsto porośniętą krzakami czarnych jagód. Jeśli dobrze się przyjrzymy zobaczymy wyryte łacińskie litery, serca, którymi bezimienni mężczyźni na początku XX wieku zapewniali o swej miłości Anny, Aldony, Maryle. Jeśli odejdziemy trochę dalej od skały, zobaczymy u góry wykuty napis ku czci Marszałka Piłsudskiego. Jego autorami, podobnie jak wielu innych tu widocznych, byli saperzy, stacjonujący w tych okolicach w okresie międzywojennym.

 

Roman Kumłyk, jeden z najbardziej znanych Hucułów, muzyk i właściciel prywatnego muzeum opowiadał, że przez około sto lat w każde święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny odbywały się tu zabawy ludowe. Aż do połowy lat siedemdziesiątych XX w., kiedy wydarzył się tragiczny wypadek. Podczas sprzeczki kilku młodzieńców ugodziło śmiertelnie nożem swojego kolegę. Następnego roku zabaw już nie było.

Na polance przy skale postawiono drewniany stół i ławy, dwie pary w średnim wieku głośno rozmawiają, popijając wódkę, którą przegryzają kanapkami. Ich przewodnik, nad małym ogniskiem piecze chleb. Zapraszają do kompanii, częstują wódką i zakąskami, przyjechali ze Wschodu. Nie znają legendy Pisanego Kamienia, dla nich to tylko jeszcze jedno miejsce z ładnymi widokami.

Pisany Kamień to kurhan, kopiec ludzką ręką usypany, w którym spoczął w złotej zbroi sam ojciec królów całego świata. A ogromna skała to sarkofag. Jak głosi legenda, rody królewskie wywodzą się stąd, z Werchowyny, czyli z gór. Tu u zarania dziejów ludzkości – w pierwowieku narodził potężny ród olbrzymów-bojowników - Wielitowie. Z czasem rozeszli się oni po świecie, zakładając królestwa, budując miasta i zamki. Gdy umierał ojciec królów trembita wezwała ich wszystkich z powrotem na Werchowynę. Gdy umarł król, inni Wielitowie legli obok niego, na kurchanie, który sami usypali, zadając sobie śmierć. Zostały dzieci, które rozeszły się po górach, stając się gazdami. Wieść o pochodzeniu Hucułów od królewskiego rodu Wielitów była owiana tajemnicą. Tylko starzy gazdowie, przed odejściem z tego świata przekazywali ją najstarszym synom.

Z Pisanego Kamienia do Bukowca wracamy tą samą drogą. Dochodząc do pierwszych zabudowań można skręcić w lewo w kierunku widocznej na dole drogi. Przechodząc przez podwórka wyjdziemy na szosę w połowie drogi między Bukowcem i Jasieniowem.

Po wyjściu z lasu jeszcze raz spoglądam na widoczny po lewej stronie cały pas Czarnohory: od Howerli i Pietrosa po Popa Iwana. Po prawej mam Beskidy Pokuckie i drogę do Kołomyi.

 – Sława Isu – pozdrawia młody mężczyzna na koniu, zdejmując kapelusz szerokim gestem.

– Boże dopomahaj – zagaduje dalej ludzi pracujących w polu.

Na dole grupka ludzi czeka na przystanku, przy kapliczce mężczyźni popijają piwo. Koń uwiązany do płotu czeka na jeźdźca, który właśnie wychodzi z sklepu z wypchaną reklamówką. Tylko czerwona półciężarówka Coca-Coli jest tu jakby z innego świata.

Nie pozostaje nic innego, tylko usiąść na ławce i czekać. Czekanie to rzecz naturalna na Huculszczyźnie, trzeba do tego przywyknąć, albo czym prędzej stąd wyjeżdżać. Dla stale zabieganych ludzi z wielkich miast, takie czekania może mieć niezwykłą moc terapeutyczną. Na przystanku nie ma rozkładu jazdy, ale wszyscy wiedzą, o której będzie autobus. Pytania o godzinę odjazdu to pretekst do nawiązania rozmowy.

 – Zwidki (skąd) pan prijechał?

- Harno (pięknie) u nas?

- Na Pisanym Kamniu buli? Kolejni rozmówcy dołączają do grupki. Dokąd się spieszyć, skoro jest tu tak pięknie i miło? Przyjeżdża żółty autobus, punktualnie. Kierowca gasi silnik, otwiera rozsuwane drzwi metalowym prętem, za chwilę ruszamy. Może wstąpimy w Jasieniowie na piwo.

xxxx

Do Bukowca dojedziemy autobusem z Werchowyny, jadącym do Kosowa lub Kołomyi (ok. 15 km). Można również taksówką (ok. 40 hrywien).

Szlak na Pisany Kamień nie jest oznakowany. Od przystanku w Bukowcu trzeba iść polną drogą. Po ok. 15-20 minutach schodzimy z drogi w najbliższą ścieżkę pod górę. Dalej idzie się prosto drogą. W razie wątpliwości można pytać miejscowych. Trasa nie jest trudna, zajmuje około 4-5 godzin w obie strony.

xxx

(1). Stanisław Vincenz: Na wysokiej połoninie. Prawda Starowieku. Wydawnictwo Pogranicze.

(2) Stanisław Vincenz: Na wysokiej połoninie...

 

POP IWAN I BIAŁY SŁOŃ

Jeśli spojrzymy na grzbiet Czarnohory z Pisanego Kamienia, Ilci, czy Przełęczy Krzywopolskiej, po lewej stronie, na najdalej wysuniętym szczycie zobaczymy punkt, jakby wielką skałę lub ogromną budowlę. Ten szczyt to Pop Iwan (2022 m npm) z ruinami obserwatorium astronomicznego. Gmach ów nazwano „Białym słoniem”, ze względu na jego wielkość, a także białą „elewację”, jaką zimą tworzył śnieg, pokrywający grubą warstwą mury budynku.

xxxx

Najpopularniejsza droga na grzbiet Czarnohory i dalej na Popa Iwana zaczyna się we wsi Dzembronia. Jest to tzw. „polski szlak”, gdyż tę drogę w Czarnohorę, jeszcze od czasów austriackich i polskich, najczęściej wybierają właśnie Polacy.

Do Dzembroni wyruszam z Werchowyny. W Ilci samochód skręca na Burkut. Jadę wąską drogą, której nawierzchnie tworzą wystające kamienie. To nie jest szlak dla „zachodnich” aut z niskim zawieszeniem. Świetnie natomiast dają sobie radę małe, żółte autobusy przypominające wyglądem bojowe wozy piechoty. Kursują one z Kołomyi, przez Werchowynę do Burkutu lub Dzembroni.

Niezwykle malownicza droga prowadzi wzdłuż Czarnego Czeremoszu, jego mętne, „błotniste” wody z impetem atakują skały wystające z dna rzeki, podmywają brzegi, musiało mocno padać w ostatnim czasie. – Dobre warunki na rafting – nasz kierowca wskazuje na wzburzone fale. U góry, droga znajduje się między rzeką a zabudowaniami wsi, stoją huculskie domy, drewniane, z werandami i blaszanymi dachami.

Przy kapliczce w Dzembroni trzeba skręcić w prawo. Żegnam Czarny Czeremosz, dalej podróżować będę wzdłuż potoku Dzembronia. Po lewej stronie, tonie w chmurach szczyt Popa Iwana. Dojeżdżam do centrum miejscowości. Dzembronia to typowa huculska wieś, położona z daleka od głównych szlaków komunikacyjnych, z domostwami luźno rozrzuconymi po górach.

Wejście na szlak prowadzi przez środek zabudowań, trzeba sobie samemu otworzyć bramę. Przechodzenie przez podwórka i ogrodzone pastwiska to tutaj rzecz zupełnie naturalna. Zawsze znajdziemy podpórki, schodki, które pomogą nam przejść przez drewniane ogrodzenia. Mijam zabudowania, po prawej stronie stoi drewniany krzyż upamiętniający partyzantów UPA. Idę prosto, ścieżką prowadząca w górę. Po wyjściu z lasu mam przed sobą szczyt Smotrecza.

Jeszcze trochę wysiłku i dochodzę do samotnie stojącej bacówki na połoninie Smotrecza. W pobliżu pasie się wielkie stado krów i byków, a na wzgórzu znacznie mniej liczne stado owiec. Jeden z pasterzy konno dogląda dobytku. Drugi w chacie wyrabia ser.

– Będzie pogoda?

– Boh znaje.

Jak to na Popie Iwanie, nigdy nie wiadomo. Chata składa się z sieni, pomieszczenia, w którym wyrabia się ser i izby sypialnej. Na ścianie izby kolorowa naklejka: „Legia Warszawa”. Kiedy pasterze ze stadami opuszczą góry, zostawią chatę otwartą. Można się tu schronić w razie złej pogody, albo zostać na noc. Dojście od Dzembroni do chaty zajmuje ok. 1,5 godz..

Za chatą droga się rozwidla. Trzeba iść w prawo, dwieście metrów ścieżką ostro pod górę, przechodząc przez mostek nad strumykiem. Na górze otwiera się piękny widok na góry i wsie w dolinach. Idę kilkanaście minut, przechodzę przez środek stada byków, które nie chcą zejść z drogi. Po kilkunastu minutach docieram do dużej połoniny, na przeciw mam widok na grzbiet Smotrecza z charakterystycznymi ogromnymi głazami, wskazującymi drogę na szczyt.

Stąd godzina drogi kamienistą ścieżką przez las i dochodzę do wodospadów. Przeprawiam się przez strumyk i idąc ścieżką pod górę „zachodzę” Smotrecz od prawej strony. Po 45 minutach marszu jestem przy pierwszej skale. Pogoda zmienia się diametralnie. Wieje silny wiatr, co chwilę napędzając to znów odganiając chmury. Po prawej stronie mam grzbiet Czarnohory, która tu zakręca, tak, że idąc na wprost przez szczyt Smotrecza i dalej prosto wychodzi się na jej ostatni szczyt – Popa Iwana. Co jakiś czas zza chmur wyłaniają się ogromne głazy prowadzące prosto na Smotrecza, wyglądają, jakby ktoś celowo ustawił je równo w rzędzie. Pierwszy z nich to Uchaty Kamień, któremu podczas I wojny odstrzelono jedno ucho.

SmotreczDalej trzeba iść stromo pod górę, ścieżką wydeptaną w kosówce. Po około 40 minutach ścieżka skręca w prawo, jeszcze kilka minut i jestem przy ogromnej skale na szczycie Smotrecza. Wieje coraz mocniej, wiatr szarpie ubranie, więc chowam się za skałę. Niedaleko stąd znajduje się tzw. „Pohane (przeklęte, złe) misce”. Według legendy pochowano tu bez udziału księdza, pasterza, którego raził piorun. Od tej pory nieszczęsny pastuch daje o sobie znać rozniecając wichry i burze. Jak by tego było mało, Czarnohora jest również siedzibą Króla Gromowego, do którego Huculi podchodzą z ogromnym respektem. Nie raz już pokazał on swoją siłę, wywołując gwałtowne burze, które mijają równie szybko, jak przychodzą.

Na Smotreczu jak zwykle mam dylemat: którędy dalej? Jeśli jest ładna pogoda Pop Iwan jest dobrze widoczny. Jednak Król Gromowy i nieszczęśliwy pasterz dbają, by nie zdarzało się to zbyt często. Od skały odchodzi kilka ścieżek, niektóre krzyżują się ze sobą. Trzeba wybrać tę, która znajduje się najbliżej i prowadzi prosto, na początku w dół. Jeśli widoczność jest bardzo zła, najlepiej zawrócić, gdyż łatwo pogubić się w tzw. „czarnohorskim Trójkącie Bermudzkim”. Jeśli pójdziemy ścieżką w lewo – grzbietem, dojdziemy (po ok. 15 minutach) do zachowanych linii obronnych z czasów I wojny światowej, kiedy to Rosjanie bezskutecznie próbowali sforsować Czarnohorę, bronioną przez Austriaków. Widoczne są okopy, linia zardzewiałych już zasieków, rozmaite metalowe urządzenia, które mogły służyć jako podstawki pod działa, czy karabiny maszynowe.

Ze Smotrecza na Popa Iwana idzie się około 1,5 godziny. Schodzę ścieżką w dół. Trzeba iść prosto, aby wejść na grań Czarnohory. Dochodzę do pustej tablicy, skręcam w lewo i jestem na grzbiecie Czarnohory. Stąd drogę aż na sam szczyt wyznaczają dawne słupki graniczne, które ciągną się od Howerli. Król Gromowy i nieszczęsny pasterz nie dają za wygraną, wiatr wzmaga się. Dzięki temu na chwilę odsłania się panorama gór i wsi Dzembronia, w dole, niedaleko widoczne są ruiny przedwojennego schroniska AZS.

Idąc trudnym szlakiem, w niezbyt sprzyjającą pogodę, która tutaj jest prawie normą, zastanawiam się, jak budowniczowie obserwatorium poradzili sobie z transportem materiałów budowlanych na szczyt i dlaczego wybrano właśnie to miejsce, skoro przez większość czasu nic stąd nie widać?

CzarnohoraBudynek wzniesiono z miejscowego piaskowca. Natomiast wszystkie pozostałe materiały budowlane, czyli cement, wapno, drewno, cegły i wyposażenie przewożono ze stacji kolejowych w Kołomyi i Worochcie. Najpierw ciężarówkami i wozami konnymi, a na sam szczyt na grzbietach koni huculskich i ludzi. Najcięższe elementy wyposażenia ważyły około 1 tony. Na niezbyt trafną lokalizację zwrócił uwagę w swoich wspomnieniach kierownik obserwatorium Władysław Midowicz (1). „Głównym promotorem budowy (obserwatorium – PJ) byli najprawdopodobniej astronomowie warszawscy, którzy rozglądali się za miejscem o wystarczająco czystym powietrzu, a także o stosunkowo rzadkim zachmurzeniu. Tego ostatniego, niestety, nie brakowało od jesieni do wiosny na graniach Czarnohory i ten, kto ją doradził, nie wydawał się być wystarczająco obeznany z klimatem Karpat Wschodnich”(2).

Ostatni etap drogi prowadzi stromo pod górę. Wreszcie z mgły wyłaniają się wysokie kamienne mury. Mimo zniszczeń budowla wciąż robi duże wrażenie. Potężne mury nadają jej wygląd średniowiecznego zamku, rzeczywiście za wzorzec posłużył architektom zamek w Przemyślu. Przechodzę dokoła budynku. Nad głównym wejściem dobrze widoczny jest stylizowany orzeł, zniszczony pociskami karabinowymi. Wewnątrz można łatwo rozpoznać dawne pomieszczenia, zachowały się schody, resztki instalacji, kaloryfery. W piwnicach stoją jeszcze piece do centralnego ogrzewania.

Kamień węgielny pod budowę Obserwatorium Astronomicznego Państwowego Instytutu Meteorologicznego położono latem 1936 r. Budowlę ukończono dwa lata później. Budynek w kształcie litery „L” miał pięć kondygnacji, w tym dwie wykute w szczycie skały i ponad 50 pomieszczeń różnej wielkości. Na dole znajdowała się placówka Straży Granicznej. Obserwatorium wyposażone było w najnowocześniejszy, jak na ówczesne czasy, sprzęt astronomiczny. Budynek posiadał własną siłownię składającą się z dwóch agregatów diesla i akumulatorownię, zespół pomp elektrycznych i centralne ogrzewanie z kotłów opalanych ropą. Roczny zapas paliwa najpierw transportowano cysternami kolejowymi do Kut, następnie ropę rozlewano do kilkuset stalowych beczek i podwożono ciężarówkami do podnóża masywu, skąd przez kilka tygodni transportowano ją w górę na wózkach ciągnionych przez konie.

Pop Iwan„Obserwatorium było najwyższym zamieszkałym punktem w kraju - wspomina Midowicz - i z wyjątkiem małego schroniska AZS (gospodarz – Ludwik Ziemblic) odległego o pół godziny drogi, stało na absolutnym odludziu. Najbliższa agencja pocztowa i jedyny sklepik znajdowały się w odległym o 20 km. Żabiem-Zełenym, od najbliższego lekarza w Żabiem-Słupejce dzieliło nas 50 km, a od stacji kolejowej w Kołomyi z górą 120 kilometrów. Przy możliwej pogodzie najpopularniejsza była wielogodzinna wędrówka głównym grzbietem Czarnohory do doliny Foreszczenki, gdzie oczekiwała leśna drezyna motorowa z Worochty, zamówiona radiotelegraficznie via Stanisławów. Ten „pałac na Czarnohorze”, jak go nazywał prof. Z. Klemensiewicz, posiadał jeden, ale bardzo zasadniczy brak: mianowicie wodę w okresie posuchy trzeba było donosić z odległego 6 pół kilometra źródła, bo LOPP (Liga Obrony Powietrznej Państwa – PJ) wydawszy milion złotych na cały obiekt wraz z zaopatrzeniem nagle postanowiła zaoszczędzić 40 tysięcy na nie zainstalowanym rurociągu z dwiema pompami elektrycznymi”.

(...) „Obserwatorium posiadało oczywiście własnego kucharza, później kucharkę i woźną, a także bardzo obrotnego i miłego Hucuła zwanego „Czarnym Jurą”, który donosił na nartach dwa razy w tygodniu nabiał i świeże mięso, a także wynajmował się do polerowania kilkuset metrów kwadratowych parkietów. Podobnie, za specjalną dopłatą dochodził z Zełenego dwa razy w tygodniu listonosz, który był równocześnie niezłym fryzjerem i chwalił sobie wygodny nocleg wraz z kolacją i śniadaniem”.

Obserwatorium żyło własnym spokojnym życiem, nie niepokojone nadmiernie przez przybyszów, zarówno ze względu na odległość od „cywilizowanego świata”, jak też bezwzględny zakaz wstępu bez przepustki, wydanej w Warszawie. Hucułów odstraszała tajemniczość tego miejsca i rozmaite plotki, mówiące, że prowadzone są tu prace nad nową bronią.

(...) „Najmilej bywało wieczorami w świetlicy - wspomina Midowicz - zwłaszcza gdy za potrójnymi oknami zawodziła dujawica czy burza śniegowa. Duży radiofon odbierał niemal pół świata, trzaskały piłeczki tenisa stołowego i tylko wychodzący co jakiś czas dyżurny meteorolog, mechanik, czy podoficer placówki granicznej świadczyli, że praca postępuje bez przerwy, a instrumenty i maszyny są w ruchu. Delikatne tykania zaznaczające się w radiu świadczyły, że wielki astrograf prowadzony elektrycznie przez chronometry posuwa się za swym obiektem niebieskim, fotografując bez przerwy. A po północy astronom rozpoczynał swe kręte wędrówki do kopuły, ciemni i pracowni, by przespawszy potem większość dnia wychynąć pod wieczór niczym jeż lub sowa. (3) 

Budowa obserwatorium pochłonęła ogromną jak na ówczesne czasy, kwotę 1 mln zł, pochodzącą z publicznych środków. Jaki był sens tej inwestycji, w niezbyt zamożnym kraju? Zwłaszcza, że - jak zauważa Władysław Midowicz - pod koniec lat trzydziestych (XX w.) badania meteorologiczne na świecie prowadzone były głównie za pomocą radiosond wypuszczanych na duże wysokości. W obserwatoriach wysokogórskich natomiast prowadzono specjalistyczne badania klimatu, magnetyzmu ziemskiego i in. (...) „Ale w II Rzeczypospolitej - pisze Midowicz - szczególnie w latach trzydziestych, pewna ilość starszych generałów chętnie zajmowała się problemami natury nie wojskowej, jak szlachtą zagrodową, Huculszczyzną, wyimaginowanymi koloniami w Afryce czy Brazylii, a przewodniczący ówczesnej Ligi Ochrony Powietrznej Państwa (LOPP), z górą 60-letni generał Berbecki popierał astronomię i to dość klasycznego gatunku”.(4)

obserwatoriumBudowie obserwatorium nadano ogromny wydźwięk propagandowy, niemal taki jak budowie Gdyni. Miało być kolejnym symbolem polskiej mocarstwowości, końca lat trzydziestych XX w. Zapewne zamierzano też w ten sposób umocnić państwo polskie we Wschodnich Karpatach, gdzie żywioł polski nie był zbyt liczny.

Koniec polskiego obserwatorium na Popie Iwanie nastąpił 18 września 1939 r. Jego załoga wraz z żołnierzami straży granicznej ewakuowała się na Węgry. Zabrano cenny sprzęt meteorologiczny. Po wojnie trafił on do obserwatorium w Chorzowie.

Tak dzień ewakuacji wspomina Władysław Midowicz: (...) „Po wspólnie spożytym posiłku rozebrałem radiotelefon i wyniósłszy na dziedziniec rozbijałem jego części młotem, zgodnie z posiadanymi rozkazami „mob”. Patrząc jak w trzaski rozlatywały się lampy, przetworniki, kondensatory i różne cudeńka, Huculi czekający obok z jucznymi końmi trącali się łokciami, szepcząc: Wże kineć!  (.Już koniec). A koniec zbliżał się miarowym krokiem. (...) Jura ze łzami w oczach chciał mnie ująć pod nogi – uścisnąłem go – jak brata. Po czym klucz zazgrzytał w kutych drzwiach wejściowych i cała karawana koni i ludzi ruszyła wzdłuż muru, przechodząc po kolei granicę państwa. Uklęknąłem całując mokrą ziemię. Wiatr zacinał przenikliwym deszczem i wielka kurtyna sinych chmur jakby opuszczała się za nami na granie Czarnohory. (...) Gdy po kilku godzinach obejrzeliśmy się u górnej granicy lasów po raz ostatni, gdzieś w podniebiu wyłoniła się z przewalających się grzbietem mgieł wysmukła wieża, na którą kładły się ostatnie promienie zachodzącego nad Marmaroszą słońca” (5).

Obserwatorium przejęły wojska sowieckie, potem Niemcy, oddając go we władanie Węgrom. Budynek nie ucierpiał podczas wojny. Dopiero później został dokładnie rozszabrowany przez miejscową ludność i stopniowo niszczał. W połowie lat dziewięćdziesiątych pojawiła się idea odbudowy obserwatorium ukraińsko – polskimi siłami. Jednak na samych chęciach się skończyło.

Pora wracać. Schodzę tą samą drogą. Trzeba uważać, aby nie przeoczyć pustej tablicy, przy której trzeba skręcić w prawo. W przeciwnym wypadku możemy dojść do Howerli zamiast do Smotrecza.

Na powrotny kurs czekam w wiejskiej kramnicy (sklepie). Na zewnątrz i wewnątrz ustawiono stoliki. Można zamówić herbatę, a także poprosić o usmażenie kiełbasy lub jajecznicy. W lodówce zawsze jest zimne piwo.

xxx

Do Dzembroni możemy dojechać autobusem z Werchowyny do Burkutu. Pierwszy wyjeżdża ok. 11.00, trzeba wysiąść przy kapliczce, skąd trzeba przejść jeszcze ok. 6 km. O 17.30 odjeżdża autobus bezpośrednio do Dzembroni. Jeśli zamierzamy wrócić tego samego dnia trzeba zamówić sobie wcześniej transport, np. taksówkę (ok. 200 - 300 hr w obie strony z Werchowyny). Dojazd własnym samochodem, szczególnie z niskim zawieszeniem może być ryzykowny.  Trasa jest dość trudna. Na dojście i powrót trzeba zarezerwować sobie ok. 8 – 10 godzin.

(1). Władysław Midowicz urodził się 28 maja 1907 roku w Mikuliczynie k. Jaremczy. W czasie wojny polsko-ukraińskiej w latach 1918-1919 brał udział w obronie Lwowa. W 1925 r. podjął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, by po roku przenieść się do Państwowej Akademii Handlowej we Lwowie. Po jej ukończeniu powraca na Uniwersytet Jagielloński, ale tym razem na Wydział Geograficzny, gdzie w roku 1936 otrzymuje stopień magistra filozofii w zakresie geografii ze specjalizacją w meteorologii i klimatologii. Równolegle ze studiami, a później pracą naukową, działał Władysław Midowicz społecznie w Polskim Towarzystwie Turystycznym, m.in. znakując pierwsze szlaki turystyczne w Beskidach Zachodnich. Publikował liczne nowele, opowiadania i artykuły naukowe. W latach 1932-37 był gospodarzem schroniska na Markowych Szczawinach. W latach 1937-39 był kierownikiem Obserwatorium Państwowego Instytutu Meteorologicznego na Popie Iwanie, gdzie zamieszkał z żoną i sześcioletnim synem. W latach wojny służył jako meteorolog w polskim i brytyjskim lotnictwie. Od 1948 r. pracował w Singapurze. W 1967 roku wrócił wraz z żoną do Polski. W latach 1967-1973 pełnił funkcję społecznego opiekuna sieci znakowanych szlaków Tatr Polskich. Zmarł w 1993 roku, pochowany został na cmentarzu w Wieliczce. (źródło: Wikipedia)

(2). Władysław Midowicza: „O Białym Słoniu na Czarnohorze”, za www.karpaccy.pl
(3). tamże
(4) tamże
(5) tamże.

zobacz galerię zdjęć z Huculszczyzny i Karpat

informacje o podróżowaniu do i po Ukrainie

strona o Huculszczyźnie i Karpatach ukraińskich

Piotr Janczarek

 

Zapraszamy do udziału w naszych konkursach. Prawie codziennie można coś wygrać. Nie trzeba wysyłać sms–ów, wnosić jakichkolwiek opłat. Szczegóły:

http://www.natemat.com.pl/konkursy-z-nagrodami.html

 

Wasze komentarze

Dodaj swój komentarz

 

 DODAJ  


 

 

O NAS | KONTAKT | REKLAMY | MAPA STRONY | MAPA XML

Netpress, Iwona Janczarek

ul. Cyklamenowa 5, 05-077 Warszawa
Tel: 604 201 109, E-mail: allpress@pro.onet.pl

NBS - najlepsze strony internetowe