24 września 2017, imieniny Gerarda, Teodora, Hermana

Na temat, natemat.com.pl, Piotr Janczarek, Iwona Janczarek
 
Strona główna
Rozrywka i Refleksja
Diety
Podróże
Zdrowie
Dzieci w szkole
Prawo i finanse
Smacznie
Berlin
Konkursy
  E-Zacznij  Ateista? Kto to taki?   Wiadomości ze świata wartości  10 inteligentnych dowcipów  Zofia  10 najgorszych rzeczy, które cię mogą spotkać na...  Galeria Roberta Soboty  Piję kawę, czy brać magnez? Tak, jeśli wypijasz wiadro dziennie.  Morderstwo w małym mieście  Z Czarnej Teczki Jurka Lindera  Gry komputerowe. Co warto o nich wiedzieć?  O spokój sumienia przeciwników W.O.Ś.P.  I tak kupimy więcej niż chcemy  Allpress Media Communications - o nas
Morderstwo w małym mieście

 

Kraśnik, październik 1969 r.

Józef Żurek siedział ze znajomymi przy stole w milicyjnych konsumach na ulicy Kościuszki. Zdążył wypić już dwie setki czystej. W knajpie było duszno, rozmowa przy stole nie kleiła się. Czuł się nie w formie. - W tym stanie trzeba zamówić trzecią setę, albo iść do domu – pomyślał. - Na mnie już czas – rzucił do grupki mężczyzn siedzących przy stoliku.

- Bywaj – odpowiedział ktoś obojętnie. Żurek wyjął sporta z fifki i energicznie zgasił niedopałek w popielniczce pełnej petów. Odsunął pustą literatkę i pociągnął łyk oranżady wprost z butelki. Odsunął zdecydowanie krzesło, jakby demonstrując pewność siebie, zdjął z oparcia popielaty prochowiec i czarny, filcowy kapelusz, ruszył do wyjścia.

Józef Żurek miał 58 lat, niski wzrost i dość szczupłą budowę ciała. Okrągłą, ospowatą twarz zdobił mały wąsik. Nie był to zdecydowanie typ wyglądu budzący zaufanie, czy sympatię. Choć jak wiadomo, nie należy ludzi oceniać po wyglądzie.

Otworzył drzwi i jego twarz owiało chłodne jesienne powietrze. Od razu poczuł się lepiej. Był dopiero kwadrans po ósmej wieczorem., ale na ulicy nie dostrzegł ani jednego człowieka. Secesyjną kamieniczkę naprzeciw konsumów zajmowała komenda miejska milicji, w oknie na parterze paliło się światło, a na ulicy stała milicyjna nyska. - Może chłopaki by podwieźli? – pomyślał Żurek. Nim jednak zdążył przejść na drugą stronę Kościuszki, już się rozmyślił. - Spacer dobrze mi zrobi, wódka wywietrzeje z głowy, a matka nie będzie gderać – dodał w myślach.

Skręcił w prawo i szedł kawałek ulicą Kościuszki. Uliczna latarnia zawieszona na drewnianym słupie świeciła słabym, żółtym światłem, oświetlając niewielki krąg wokół słupa. Wąski strumień światła padał na górne stopnie schodów, które prowadziły od ulicy Kościuszki do Zamkowej i Oboźnej. Żurek zatrzymał się na chwilę, rozejrzał dokoła. Od kilku dni miał jakieś dziwne przeczucie, że od pewnego czasu, ktoś za nim chodzi.

Mężczyzna powoli schodził w dół podniszczonymi schodami, trzymając się mocno solidnej, okrągłej poręczy. Zanurzał się coraz bardziej w czarny tunel, uliczne latarnie nie świeciły. Miejskie władze już ich nie naprawiały, zdając sobie sprawę z beznadziejności walki z chuliganami, uzbrojonymi w proce. Józef rozglądał się w przód, na boki, w tył. Było pusto. Choć wydawało mu się, że widzi ciemny zarys sylwetki podążającej równolegle wzdłuż zamkowej skarpy. - Sen mara, Bóg wiara – wyszeptał Żurek, zaśmiewając się w duchu ze swojego poczucia humoru.

To był prawdziwy czarny tunel, albowiem droga prowadziła przez duży wąwóz. Po prawej była skarpa, którą porastał „księży ogród”, czyli posesja należąca do parafii. Na górze wznosił się dawny klasztor, teraz budynek liceum i kościół. W pobliskim budynku parafialnym paliło się w oknie światło. - Pewnie słucha Wolnej Europy, cholerny klecha – pomyślał Żurek o proboszczu.

Światło w oknie drewnianego domku zegarmistrza Starynkiewicza było jedynym jasnym punktem w ciemnej ulicy, za domem wznosiło się tzw. „Zamczysko”, czyli dawna skarpa zamkowa.

Wreszcie wyszedł na prostą. Jeszcze parę kroków i dojdzie do ulicy Oboźnej prowadzącej na Suchyń. Jedyna latarnia na skrzyżowaniu świeciła bladym światłem. W oddali było widać świecące się okna bloków osiedla Koszary.

Józef przecisnął się przez żywopłot i wszedł do parku. Chciał oddalić się od chodnika, skracając sobie drogę. Poszedł alejką w kierunku drewnianego mostka. Za nim zaczynało się miasteczko ruchu drogowego i plac zabaw, a dalej stała harcówka. Józefowi wydawało się, że widzi w tej nieprzeniknionej ciemności, małe światełko, jakby ognik papierosa. Było jednak za późno, żeby wracać. Żurek pomyślał, że jeszcze parę kroków i dojdzie do miejsca gdzie mieszkali ludzie, będzie bezpieczny.

Mężczyzna wstał z ławki, zgasił papierosa o jej oparcie, a niedopałek wsunął do kieszeni płaszcza. Był lepiej zbudowany od Żurka i niewiele wyższy. Na czoło miał wciśniętą czapkę. Stał i czekał, aż ich drogi się skrzyżują. Józef Żurek zwolnił krok, niepewnie rozglądał się dokoła, nikogo nie było. Dopiero jakieś trzysta metrów dalej, naprzeciw harcówki paliły się światła w drewnianym domku i ktoś chodził po podwórku.

Żurek stanął, strach nieco go sparaliżował. Bezwiednie szukał czegoś w kieszeniach płaszcza: noża, legitymacji służbowej? Mężczyzna w czapce powoli zbliżył się do Żurka, stając twarzą w twarz. - Żurek, to ty? - A kto pyta? - odpowiedział, starając się się zachować pewność siebie. - Nie poznajesz mnie, jestem... - Tak, już poznaję, wiem kim jesteś, czego chcesz? ...- Sprawiedliwości.

Xxxx

- Tam jest – powiedział beznamiętnie sierżant Adam Golonka, wskazując drogę kapitanowi Andrzejowi Szulcowi. - Pieprzony ormowiec (1) - dodał już z większą namiętnością, ale ciszej Golonka. - Co mówiliście sierżancie? – kapitan odwrócił głowę w kierunku milicjanta. - Nie, nic panie kapitanie.

Żurek na wpół leżał, na wpół klęczał, owinięty wokół znaku drogowego: „uwaga dzieci”. Jego twarz wyrażała strach pomieszany z zaskoczeniem. - Co za ironia, zawsze inni się go bali, a teraz sam umiera w strachu – pomyślał Szulc.

Ranek był dość chłodny, nad pobliskimi łąkami unosiły się jeszcze mgły. Miasteczko ruchu drogowego było nowe. Asfaltowe uliczki tworzyły tu skrzyżowania, ronda z wysepkami. Były wyznaczone przejścia dla pieszych, postawiono znaki drogowe. Z miasteczkiem sąsiadował duży plac zabaw i harcówka. Prowadziła tędy najkrótsza droga ze starego miasta do osiedla Koszary. Jednak po zmroku mało kto się tu zapuszczał, chyba, że w większej grupie.

  • W tym miejscu ktoś go potraktował nożem – sierżant Golonka wskazał fragment chodnika za mostem. - Tu się dowlókł i wykrwawił – Golonka bez żadnych emocji popatrzył na zwłoki. Od miejsca gdzie zadano denatowi śmiertelny cios do punktu, gdzie leżały zwłoki prowadziła strużka krwi.

Golonka był facetem średniego wzrostu i trochę więcej niż średniej budowy ciała. Mundur ciasno opinał wystający brzuch. Sierżant pracował w milicji już siedemnaście lat z czego większość w dochodzeniówce i miał opinię dobrego i skrupulatnego fachowca.

  • Kto go znalazł? – Szulc odwrócił się do Golonki. - Stara Wawszczakowa – milicjant wskazał na stojącą obok kobietę.

Kobieta w chustce na głowie z torbą na zakupy w rękach stała obok sierżanta, mocno podekscytowana, spoglądała to na zwłoki, to na kapitana i drogę do miasta. Odnalazła zwłoki i czuła się już ekspertką w dziedzinie kryminalistyki.

  • Bo ja, panie oficerze, na targ szłam, bo dzisiaj wtorek, myślałam jajek świeżych kupię, bo te ze sklepu, to sam pan wie jakie. Tak se idę i widzę, jakiś pijany człowiek leży, trza go obudzić, niech do domu idzie, tam pewnie żona się martwi. Patrzę, a to ormowiec leży, w dodatku cały martwy, to pobiegłam na posterunek do Koszar.

Szulc rozejrzał się dokoła, przeszedł kilkadziesiąt metrów, drogą, którą najprawdopodobniej szedł Żurek. Po czym wrócił i dokładnie przyjrzał się zwłokom.

  • Zajmijcie się świadkiem sierżancie, wiecie co robić. Zaraz powinna zjawić się ekipa techników. A wy zawieźcie mnie na komendę – Szulc ruszył w kierunku stojącego za mostem radiowozu. Dwa kroki za nim szedł kapral Mirosław Kulesza, który prowadził radiowóz. Szulc nie czekając na kaprala otworzył przednie drzwi warszawy i zajął miejsce pasażera. Ruszyli Oboźną. Kapral Kulesza nie należał do szczególnie rozmownych. Podróż w ciszy była jak najbardziej na rękę Szulcowi, który nie czuł się najlepiej po wczorajszym, dość mocno zakrapianym spotkaniu. Golonka i Kulesza zgarnęli go radiowozem wprost z ulicy, gdy szedł do pracy, planując jednak wcześniejszy pobyt w konsumach.

Warszawa minęła nowy dworzec autobusowy, gdzie co chwila niebieskie autobusy przywoziły tłumy ludzi z okolicznych miejscowości. Skręciła w Lubelską, a następnie ostro w górę w Podwalną. Tą wąską, brukowaną uliczkę wytyczono cztery wieki temu na wzgórzu. Po prawej stronie stały cztery kamienice i kilka drewnianych domków. Po lewej na wzgórzu stały ciasno, jedna, obok drugiej skromne kamieniczki. Podwalna była kiedyś częścią dzielnicy żydowskiej. Minęli dawną dzielnicę żydowską i kościół parafialny. Samochód zatrzymał się na ulicy Kościuszki, przy wejściu do komendy.

- Chodźcie ze mną kapralu – kapitan wskazał na konsumy. Wydawało mu się dość prawdopodobne, że ostatni wieczór w swoim życiu Żurek spędził właśnie w tym lokalu.

Usiedli przy stoliku. Kulesza nawet nie zdjął kurtki mundurowej. - Co podać panowie? - bufetowa Barbara Szydło zjawiła się niemal natychmiast. Szulc zamówił zestaw ratunkowy: pięćdziesiątkę wódki, talerz flaków i małe piwo. Kulesza tylko oranżadę.

Konsumy znajdowały się na parterze dużej kamienicy z 1925 r. W środku stał duży bufet z urządzeniem do rozlewania piwa i zmywakiem, gdzie płukano kufle i szklanki. Obok stała lada chłodnicza, w której trzymano różne przekąski, a w zasadzie, te, które były dostępne danego dnia. Wystrój wnętrza nie zmienił się chyba od lat dwudziestych. Nowością były chyba tylko hasła, zawieszone na ścianach i obrazki przedstawiające milicjantów w marszu, na patrolu drogowym. Hasło na ścianie informowało, że „osób nietrzeźwych nie obsługujemy”. Było to jedno z haseł, które praktycznie nigdy, nie wcielono w życie. W dość dużej sali stały proste stoły, bez obrusów i zwyczajne krzesła. Lokal był popularny, można było niedrogo zjeść i się napić.

  • Pani Basiu, czy pracowała pani wczoraj wieczorem? – Szulc zwrócił się do bufetowej.

  • Tak, do zamknięcia.

  • Czy był tu wczoraj Żurek?

  • Ano był, ale nie siedział długo, wyszedł koło ósmej, nawet nie pił zbyt dużo.

  • A może ktoś z nim wyszedł, albo zaraz za nim?

  • Nie, chyba nikt nie wychodził, tylko on, panie kapitanie. A co z nim? - odezwała się bufetowa bez większego zainteresowania.

  • Nie żyje, ktoś go dopadł na „łąkach” i podziurawił nożem.

Barbara Szydło znieruchomiała na chwilę.

  • Co pan mówi!? - I po chwili namysłu dodała sentencjonalnie: - Szkoda każdego człowieka, ale ten pozostawił po sobie wiele złego.

  • Non omnis moriar – szepnął kapitan.

  • Co takiego?

  • Nic, nic.

Szulc dojadł zupę, popił piwem i poczuł, że wracają mu siły.

  • Mirek! - zwrócił się do towarzyszącego mu kaprala. - Dowiesz się, kto tu był wczoraj wieczorem i spiszesz zeznania.

  • Taa, jest obywatelu kapitanie – odpowiedział beznamiętnie Kulesza. Domyślał się już co go czeka dziś i w następnych dniach.

Kapitan zarzucił na ramię płaszcz i ruszył do gmachu Komendy Powiatowej Milicji, czyli na drugą stronę ulicy. Szulc był dość wysoki, w miarę szczupły, ale spod marynarki przebija zarys brzuszka. Niegdyś gęsta, ciemna czupryna jest już nieco przerzedzona. Poszedł do milicji w 1957 r., w tym samym, w którym skończył prawo na UMCS w Lublinie. Teraz jest szefem zespołu kryminalnego.



Szulc wszedł na pierwsze piętro, wprost do sekretariatu komendanta powiatowego milicji.

  • Dzień dobry pani Elu, jest szef? - spojrzał na młodą, dość ładną blondynkę, siedzącą za biurkiem w sekretariacie.

  • Dzień dobry, czeka na pana, kapitanie.

Podpułkownik Dąb spacerował po pokoju z papierosem w ręku. Unosił się z niego cuchnący dym. „Dąb” był jego pseudonimem z czasów partyzanckich, gdy dowodził oddziałem Gwardii Ludowej, a następnie Armii Ludowej. Pułkownik lubił, gdy tak go nazywano, prawdziwe nazwisko: Leopold Osika, nie pasowało do tego silnego człowieka o niewątpliwych zdolnościach przywódczych.

  • Witajcie kapitanie – mocno uścisnął wielką chropowatą dłonią rękę Szulca. - Siadajcie. - Ela, herbata dla mnie i kawa dla kapitana.

Pułkownik miał pociągłą twarz, dość wysokie czoło. Nie był wysoki, tak około 160 cm wzrostu, miał jakąś taką nie tyle krępą, co zwartą budowę ciała. Nosił milicyjny mundur, tak jakby był jego drugą skórą.

  • To co z tym Żurkiem? - spojrzał na Szulca.

  • Golonka zajął się miejscem zabójstwa, Kulesza przesłuchuje gości konsumów, a ja muszę się zastanowić, kto mógł mieć interes, w tym, aby posłać ormowca do nieba, czy gdzie tam ormowcy idą po śmierci? - odpowiedział beznamiętnie Szulc.

  • Pół miasta go nienawidziło, a drugie pół się go bało. Życzę powodzenia w poszukiwaniach – zaśmiał się, trochę sztucznie, Dąb, głośno mieszając herbatę łyżeczką. - Szukać trzeba, ale od razu cuchnie mi to umorzeniem z powodu niewykrycia sprawcy, potencjalnych zabójców, może być z setka, ale to wasza działka kapitanie, ja się nie wtrancam – dodał pułkownik.

  • A pan dobrze znał Żurka – Szulc spojrzał na Dęba, na jego twarzy zauważył lekki grymas.

  • Znałem, znałem, ale czy dobrze? Porozmawiamy o tym jutro, teraz jadę do Lublina na naradę do komendy wojewódzkiej.

Szulc dopił kawę, zgasił carmena i pożegnał się z majorem. Przystanął na chwilę w sekretariacie.

  • Pani Elu, nie widziała pani mojej brązowej aktówki, chyba ją tu zostawiłem wczoraj? - spojrzał na sekretarkę.

  • Żyd na drągu niósł – zaśmiała się Ela. - Zostawił pan, położyłam na biurku.

  • Dziękuję pani Elu.

W teczce nie było nic ważnego, mało istotne już notatki służbowe. Wysypał je do szuflady biurka. Zabrał aktówkę i zamknął drzwi swojego pokoju. Włożył jeszcze głowę do sekretariatu komendanta:

- Dziś już nie wrócę. Idę „na miasto”. Cześć pracy.

Na zewnątrz siąpił drobny deszcz, było dość chłodno, nawet jak na połowę października. Szarą ulicą przemykali się równie szarzy ludzie, jakby byli ubrani w jakieś maskujące stroje, wtapiające ich w tę jesienną burość. Kapitan postawił kołnierz płaszcza i ruszył Kościuszki, tak jak dzień wcześniej, Żurek.

Nie było żadnego święta, ale miasto i tak było obwieszone flagami i transparentami ze słusznymi hasłami. Im bliżej kościoła, tym było ich więcej: „Naród z Partią, Partia z Narodem”, „Budujemy nową Polskę”, „Niech żyje i umacnia się braterska przyjaźń między narodami Polski i ZSRR”. Teren kościoła był jak Reduta Ordona, która wprawdzie tylko sześć harmat miała, ale wciąż dymiły i świeciły. Najcięższym działem była wielka tablica z namalowanych krzyżem i hasłem: „Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. W podpisie był A. Mickiewicz (2). W przeciwieństwie do Ordona, ani proboszcz Motyka, ani jego następcy nie musieli wysadzać swej reduty.

Spacer ułatwiał mu zebranie myśli. Miał przeczucie, że śmierć Żurka nie była przypadkowa, nie był to chuligański napad, a przyczynę może trzeba będzie szukać w przeszłości. Ale jak daleko w przeszłości – o tym przeczucie już mu nic nie mówiło. Może Dąb to wie, tylko czy zechce mówić? Szulc uświadamiał sobie właśnie, że losy Żurka i komendanta musiały się skrzyżować zaraz po wojnie. Kapitan wiedział, że Dąb został tu oddelegowany zaraz po wojnie i wymienił całą milicyjną kadrę, ale nie wiedział, dlaczego. A Żurek? Ormowiec, szara eminencja. Nie mogli nie wejść sobie w drogę. Trzeba będzie przyjrzeć się dziejom ormowca, za czasów króla Dęba, a może też wcześniejszym?

Kapitan nie skręcił jednak w kierunku „łąk”, jak Żurek wczoraj, lecz poszedł dalej ulicą, mijając kościół. Przeszedł na drugą stronę, podwórkiem dużej kamienicy, doszedł do Szkolnej, błotnistej uliczki, przy której stało kilka drewnianych domków, jakieś kurniki i inne budynki gospodarcze. Idąc dalej zamyślony stanął na wprost bóżnicy. Kwadratowy budynek ze spadzistym dachem był teraz magazynem spółdzielni rzemieślniczej. Szulc wiedział, że dawna tzw. duża synagoga powstała w stylu barokowym w XVI w. mogła pomieścić 400 mężczyzn i 300 kobiet. Została zniszczona w czasie okupacji i po wojnie odbudowana jako magazyn. Detektyw rozejrzał się dokoła, spoglądając na pobliskie kamienice, solidne dwupiętrowe budynki i skromne chałupki. Od jakiego czasu zaczynała go interesować przeszłość miasta, kto dawniej chodził po tych ulicach, mieszkał w domach na Krakowskiej, Podwalnej, Wesołej? Ta przeszłość o której nie mówiono ani w szkole, ani podczas rodzinnych spotkań. Historia nad którą unosiła się zmową milczenia.

  • Siedem tysięcy ludzi, którzy tu mieszkali, znikło bezpowrotnie. Na ich miejsce przyszli inni. Jakie tajemnice kryje to miasto? - pomyślał kapitan.

Jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że musi je poznać, ale po co, dla własnej ciekawości, czy to może mieć jakiś związek ze śmiercią ormowca? Czarna legenda Żurka, grymas Dęba, gdy zapytał, czy go zna. Warto byłoby też poznać historię komendanta. O co chodziło z tym porządkiem, który miał tu zaprowadzić? Przecież to nie był jakiś pieprzony Dziki Zachód – Ziemie Odzyskane, gdzie potrzebny był szeryf, który zapanowałby nad szabrem i bandyterką. A może był potrzebny? - zastanawiał się Szulc.

Poczuł się głodny, a parę kroków stąd była restauracja Depy. Wszedł po kamiennych stopniach na parter jednopiętrowej kamienicy. Za duży barem stał Jacek Depa, nieduży, krępy, z okrągła, łysą głową. Przepasany białym fartuchem, z białą ściereczką w ręku wyglądał jak wzorzec z Sevres restauratora z krwi i kości. Przy stolikach siedziało kilku mężczyzn, pijących piwo i namiętnie palących papierosy. Szulc powiedział cicho „dzień dobry” i przeszedł do drugiej sali, gdzie serwowano obiady i usiadł przy stoliku. Wnętrze restauracji było tak samo konserwatywne jak konsumów, tylko tu było jakoś jaśniej, czyściej, przyjemniej. Podobne dania w karcie, ale zupełnie inne. Czuć było rękę właściciela.

  • Coś pan kapitan dzisiaj markotny, pewnie jeszcze nic nie wypił? – Depa wyszedł mu na powitanie, podając rękę. - Pięćdziesiątka na koszt firmy? – zaproponował.

  • Nie dziękuję, coś bym zjadł – Szulc odwzajemnił uścisk. Znali się od podstawówki. Jacek był już trzecim pokoleniem restauratorów Depów w Kraśniku.

Andrzej Szulc zamówił schabowego z ziemniakami i kapustą, a do tego kufel piwa. Depa słynął z dobrej kuchni, w niedzielę na obiady przychodzą do niego całe rodziny. A do tego piwo sprowadza z leżajskiego browaru, a nie te siki z Janowa, które podają w konsumach.

Gdy Andrzej skończył jeść, Jacek dosiadł się do jego stolika, przynosząc, bez pytania, drugie piwo.

  • Sprawa Żurka tak cię pochłania? – zagadnął.

  • Już wiesz, wieści szybko się rozchodzą – odpowiedział kapitan.

  • Nikt go nie lubił, ale żeby od razu zabić? - dziwił się restaurator. - Ta sprawa może mieć jakieś głębsze dno? Kto wie, jakie tajemnice kryje nasze miasto?

  • Wiesz coś? – zapytał Szulc.

  • Tak jak ty, więcej się domyślam niż wiem – odpowiedział Depa tajemniczo.

Andrzej cenił inteligencję swojego kolegi, jego dystans do rzeczywistości i umiejętność obserwacji. Porozmawiali jeszcze chwilę, po czym Szulc zapłacił, pożegnał się i wyszedł, obiecując, że niedługo wpadnie.

Szulc postanowił wrócić już do swojego mieszkania w osiedlu Koszary, tą samą drogą, co Żurek. Po drodze wstąpił do Starynkiewicza, ale zegarmistrz nic nie widział i nie słyszał. W swoim dwupokojowym, spółdzielczym mieszkaniu kapitan mieszkał sam. Od siedmiu lat był rozwiedziony. Żona mieszkała z jedenastoletnią córką w Lublinie. W Kraśniku miał jeszcze brata, starszego o trzy lata. Andrzej zaparzył sobie mocnej kawy, wyjął z szuflad stare, powojenne gazety i regionalne wydawnictwa historyczne. Zapowiadała się długa noc.



Kraśnik, sierpień 1945 r.

Gwizd parowozu oznajmił przybycie osobowego z Lublina na stację kolejową w Kraśniku. Na widok pociągu ożywiła się grupka ludzi czekających na peronie. Była ciepła, słoneczna pogoda, więc w niewielkiej poczekalni dworca nie było nikogo. Pociąg zatrzymał się, otworzyły się drzwi w dwóch wagonach z których wysiadło kilkanaście osób, dźwigając mnóstwo tobołków, worków, plecaków, koszy i walizek. Jeden tylko człowiek wyróżniał się skromnym bagażem. Był to młody mężczyzna, średniego wzrostu, ubrany w czarne spodnie i białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Jego nieogolona, wychudzona twarz, zdradzała zmęczenie, ale także coś jeszcze. Stanął przed frontem budynku dworcowego, popatrzył na niego, jakby dobrze znał to miejsce, ale dawno tu nie był. Ładny, stylowy budynek stacji kolejowej pochodził jeszcze z czasów budowy kolei z Lublina do Rozwadowa z końca poprzedniego stulecia.

Przy wejściu do budynku dworcowego, niedbale oparty o mur, stał typ w poplamionym wojskowym mundurze, na ręku miał biało-czerwoną opaskę z napisem MO, a z ramienia zwisała niedbale pepesza. Twarz gruba, nalana, nie zdradzała skłonności do refleksji.

  • Szczury wracają – rzucił na widok podróżnego, otwierając bezzębne usta.

Mężczyzna udawał, że nie dosłyszał, tak zwykle starał się reagować na zaczepki. O takich jak on, w czasie okupacji, mówiło się, że mają niedobry wygląd. Niedobry wygląd można było mieć także po wojnie. Mężczyzna ominął wejście i od prawej strony obszedł budynek stacji, aby wejść do dworcowego baru. Powitały go spojrzenia zdradzające ciekawość i niechęć zarazem. Bufetowa nie odpowiedziała na „dzień dobry”. Bez słowa podała mu zamówiony rosół i herbatę. Podróżny nazywał się Henryk Lipszyc i był synem doktora Dawida Lipszyca, pediatry z Kraśnika.

Henryk dopił herbatę i wyszedł odprowadzany spojrzeniami, którym towarzyszyły ściszone rozmowy. Do miasta ze stacji było pięć kilometrów, a autobus ze stacji do Dąbrowy Bór przez stary Kraśnik odjechał, gdy jadł zupę. Następny jest za cztery godziny. Można było jeszcze zabrać się wojskową ciężarówką lub chłopską furmanką, ale wolał iść pieszo. Kolejowa dzielnica składała się z kilku kamienic, jednorodzinnych domów i magazynów. Minął ją po kilku minutach spaceru. Spotkał ledwie kilka osób, a ulicą jechały głównie furmanki. Na szczęście nikt na niego nie zwrócił uwagi. Szedł ścieżką, następnie wąskim chodnikiem w dół. Pojawiły się pierwsze bieda-domy kraśnickiego przedmieścia; Kamieniczki też były dość liche, a każda miała za sobą kawałek pola, ogrodu, czy chlew. Przy Lubelskiej, która dla odmiany pięła się mocno pod górę zabudowa była ciaśniejsza. Znał tu każdy zakątek, wiedział jak poruszać się, omijając ludzi idących chodnikami. Domy były zamieszkane, w otwartych na oścież oknach wisiały firanki, na balkonach często stały kwiaty. Miasto żyło, tak jak wtedy, gdy stąd wyjechał, tylko inaczej. Nie było już muru wokół dawnego getta, synagoga była zniszczona i nie było ludzi, których znał, którzy żyli tu od pokoleń.

Lipszyc skręcił w Strażacką i w prawo w Narutowicza, która prowadziła do dawnego placu Piłsudskiego i ulicy Kościuszki. Przez chwilę pomyślał, aby pójść na żydowski cmentarz, ale szybko zrezygnował z tej myśli, nie dość, że daleko, to jeszcze odludzie. Spacerował po placu Wolności, tak teraz nazywał się plac Piłsudskiego, już nie krył się przed ludźmi, obserwował miasto i mieszkańców. Jedni przypatrywali mu się ukradkiem, inni patrzyli się na niego wprost. Kilka osób rozpoznał, zapewne też niektórzy rozpoznali jego. Nikt ze znajomych Polaków nie podszedł do niego, nie przywitał się, nie zapytał co słychać? Żydów nie było. Dwóch pijanych, obdartych i hałaśliwych milicjantów szło chodnikiem. Widział, jak niektórzy z przechodniów splunęli na ich widok. Milicjanci zmierzali w kierunku Henryka, więc wszedł przez bramę na teren kościoła.

  • Henieek, Henieek! - usłyszał nawoływanie od wejścia do kościoła.

  • Artur?!

  • Wejdźmy do środka - zaproponował młody mężczyzna w wojskowych butach i amerykańskiej kurtce z demobilu. - Żyjesz, strasznie się cieszę – rzucił Artur na powitanie.- Pewnie nie masz się gdzie zatrzymać? Przyjdź do nas za godzinę, matka się ucieszy, pogadamy.

  • Dzięki Artur, przyjdę.

  • To ja już idę, czekamy. Aha. Heniek... Uważaj na siebie.

Henryk został w kościelnej ławce, aby zebrać myśli i odetchnąć. W kościele panował półmrok, kilka kobiet modliło się w ławkach i przed ołtarzem, nikt się nim nie interesował. Kiedyś już był w tym kościele, po kryjomu, z tamtego czasu utkwiła mu w pamięci płaskorzeźba przedstawiająca rycerza i młodą kobietę. Odnalazł ją teraz na bocznej ścianie kościoła. Rycerz i kobieta byli w pozycji półleżącej, trzymali się za ręce. Obok rycerza leżał hełm. Henryk pamiętał, że płaskorzeźba przedstawiała Jana Baptystę Tęczyńskiego i Cecylię Wazównę. Pamiętał historię Tęczyńskiego, który w 1561 r. został wysłany przez króla jako poseł na dwór szwedzki i tam zakochał się w królewnie Cecylii. Gdy ponowie płynął do Szwecji w celu sfinalizowania związku, został pojmany przez Duńczyków i zmarł w niewoli, jak mówiono z tęsknoty. Zwłoki Jana Baptysty sprowadzono do Kraśnika, gdzie został pochowany w kościele, a płaskorzeźba jest jego nagrobkiem.

Henryk jednak nie myślał teraz o rycerzu, myślał o szkole, Arturze Szpakowskim, z którym się kolegował od dziecka, jego rodzinie i swojej. Rodzice Artura byli nauczycielami w gimnazjum, należeli do bardzo nielicznej kraśnickiej inteligencji, oboje byli piłsudczykami i sympatyzowali z PPS, co w Kraśniku było już prawdziwą rzadkością, pozostali, lepiej wykształceni mieszkańcy miasta byli raczej zwolennikami Endecji. Ojciec Henryka był liderem Budnu w mieście, co w pewnym momencie zbliżyło rodziny Lipszyców i Szpakowskich. Obie czuły się tu poniekąd obco.

Henryk zaczął się zastanawiać po co tu przyjechał? Po co wsiadł do pociągu w Lublinie? To był impuls?

  • Na co liczyłem? że otworzę kluczem drzwi do naszego mieszkania i się wprowadzę? Że ktoś przeżył i wrócił? - zastanawiał się w myślach.

  • Nie ma co, trzeba tam pójść, może jeszcze jakieś rzeczy po rodzicach zostały.

Lipszyc wyszedł z kościoła, skręcił w Krakowską, na rogu stała ich kamienica. Zajmowali trzypokojowe mieszkanie na parterze, w pozostałych sześciu mieszkali lokatorzy, w tym dwie polskie rodziny. Wszedł do sieni, serce zabiło mu mocniej na widok tak bliskich miejsc. Zapukał do mieszkania na parterze. Otworzyła korpulentna jejmość w fartuchu.

  • Dzień dobry – powiedział Henryk na powitanie. - Czy pani mnie pamięta, pani Bodziuchowa?

  • A jakże, a jakże. Ale czego tu szuka, toć już nie jego. Niech stąd idzie! Bolek, lećże po ojca i pana Sowę, powiedz, że tu Żydy się panoszą – krzyknęła w głąb mieszkania.

Henryk odwrócił się na pięcie i wyszedł, miał zamiar wejść na pierwsze piętro i zapukać do Majewskich, ale zrezygnował. Wyszedł na ulicę. Mimo dość późnej pory, wciąż jeszcze było widno. Lipszyc przeszedł przez plac Wolności, minął Szkolną, przy tej ulicy, nieco w głębi stał dom Szpakowskich. Była to niewielka willa, jej kanciaste kształty, duże okna i luksfery nawiązywały do modnej w latach trzydziestych architektury modernistycznej. Niewiele było przykładów takiej architektury w Kraśniku. Dom stał w ogrodzie, który porastały drzewa i krzewy.

Zadzwonił do drzwi, otworzył Artur.

  • Jak się masz, wchodź do środka – zachęcał.

  • Dzień dobry pani profesor – Henryk odezwał się na widok kobiety w średnim wieku, która wyszła im na powitanie.

  • Jakże się cieszę, Henryczku, widząc cię całego i zdrowego – uściskała go. - Idź prosto do salonu, drogę znasz, ja zasłonię okna, a ty Artur wstaw wodę na herbatę.

  • Ziemniaki już wystygły, ładnie się tak spóźniać? No cóż, punktualność nigdy nie była twoją najmocniejszą stroną Henryczku – Adela Szpakowska, belferskim tonem, ale żartobliwie skarciła gościa.

  • Najpierw coś zjemy, bo zapewne jesteś głodny, a potem pogadamy – dodała kobieta, stawiając przed Henrykiem talerz z kotletem i ziemniakami, a do tego sałatkę z ogórków.

Henryk jadł z apetytem, był głodny, a od dawna nie próbował prawdziwego, domowego jedzenia.

  • A co u profesora Szpakowskiego? - zagaił rozmowę, gdy już skończył jeść.

  • Jak wiesz Henryczku, odjechał z 24 Pułkiem na front, jeszcze pod koniec tamtego sierpnia. Teraz pisał z Wilhelmshaffen (3) w Niemczech, jest tłumaczem w administracji okupacyjnej, ale wciąż jest w wojsku, przydała mu się ta germanistyka – odpowiedziała Adela.

  • Wachmistrz Rudzki wrócił do Kraśnika, zapewniał, że rotmistrz Szpakowski jest w dobrej formie. Przywiózł list. Walerian chce, abyśmy do niego dołączyli i przenieśli się do Anglii, a stamtąd może gdzieś dalej. Tylko nie wiemy jeszcze, jak się stąd wydostać – Artur włączył się do rozmowy.

  • Sama nie wiem – dodała Adela szeptem. - Żyć tu się nie da, ale jeszcze nadzieja w aliantach i Mikołajczyku.

  • Nadzieje umiera ostatnia – dorzucił Artur, nieco sarkastycznie.

  • Powiedz Henryku, co się z tobą działo przez ostatnie... ile to już, trzy lata? - zapytała Szpakowska.

  • Co tu gadać, pani profesor. W Bełżcu (4) miałem szczęście, trafiłem do brygady budowlanej. Potem przenieśli mnie na Majdanek, tam również pracowałem, a w czasie ewakuacji obozu udało mi się zbiec. Ukrywałem się u inżyniera Dudzińskiego, kolegi ojca, w jego leśniczówce. I tak przeżyłem. Miałem szczęście i szczęście do ludzi.

  • Jakie masz plany, co zamierzasz robić w Kraśniku? - zapytał Artur, podając Henrykowi kieliszek domowej nalewki.

  • Tak naprawdę to nie wiem, to był impuls, żeby przyjechać do Kraśnika, zobaczyć jak tu jest, a przede wszystkim, kto jest? Poszedłem do naszego mieszkania....

  • Błąd, to było nierozsądne – powiedział Artur, akcentując ostatnie słowo.

  • Musisz naprawdę na siebie uważać, Henryczku, nie wiesz, jak tu jest – zatroskała się Adela. - Miastem rządzą typy spod ciemnej gwiazdy, ta najgorsza kraśnicka swołocz: Sowy, Bodziuchy, Żurki i inne do spółki z bandytami w milicyjnych mundurach.

  • Tak, to prawda – wtrącił Artur. - Władza administracyjna się boi, a wojska nie ma w mieście.

Jakby na potwierdzenie ich słów usłyszeli brzęk tłuczonego szkła. Przez rozbitą szybę wpadł kamień owinięty w papier. Artur spokojnie wstał, rozwinął go i przeczytał: „żydowskie pachołki”.

  • Sam widzisz – odezwała się Adela smutno. Kobieta usiadła w fotelu, jakby kurcząc się w sobie. Artur wyjął pistolet ze skrytki w podłodze.

  • To z partyzantki, Artur był w AK – wyjaśniła matka.

  • Muszę już iść. Nie jesteście bezpieczni ze mną – odezwał się Henryk.

  • Nie ma mowy, dokąd pójdziesz? Zostajesz na noc – stanowczo zaprotestował Artur. - Jutro pogadamy, co dalej - dodał.

  • Wiesz, Henryku – odezwała się Adela. - Ponieśliśmy chyba klęskę, nie zbudowaliśmy „szklanych domów”, nasz „kaganek oświaty” słabo świecił. Nie bardzo udała nam się ta wymarzona i wyśniona Polska. A ta, która jest teraz, zapowiada się na znacznie gorszą. Ciężko żyć pamiętając swoich uczniów prowadzonych na śmierć i tych drugich, którzy gwizdali i wygrażali im pięściami.

  • Ale są jeszcze tacy jak Artur i inni, wiele się udało, pani profesor – zaprotestował Henryk.

Gdy rano Lipszyc zszedł do kuchni, zastał przy stole Artura.

  • Siadaj, śniadanie gotowe – wskazał Henrykowi krzesło. - Matka poszła rano na targ, a potem ma jeszcze wstąpić do szklarza – dodał Artur, wyprzedzając pytanie.

  • Wiesz, Henryk, myślałem o tym w nocy, a rano rozmawialiśmy z matką. Nie nie damy się zastraszyć! Nie po to przez cztery lata biegałem z karabinem po lesie, aby teraz bać się jakiejś hołoty. Zrobimy wszystko, co możemy, aby ci pomóc.

  • Tak to jakoś głupio wyszło wczoraj, że tak po kryjomu, w kościele, chyba dałem się zastraszyć – powiedział ze skruchą w głosie Artur.

  • Nie jestem w stanie powiedzieć, jak bardzo jestem wam wdzięczny – Henryk spojrzał w oczy Arturowi.

Mężczyźni ustalili, że najlepiej będzie, jeśli Henryk uda się do Punktu Informacyjnego dla Żydów przy ulicy Wesołej, po drugiej stronie placu Wolności. A potem, czym prędzej wyjedzie, jak najdalej z Kraśnika, a najlepiej z Polski. Szpakowscy też przecież myślą o wyjeździe.

xxx

Kamienica przy Wesołej miała jedno piętro i dziewięć niewielkich mieszkań, wcześniej należała do Arona Cukiermana, właściciela sklepu spożywczego i kolonialnego. Henryk pchnął lekko drzwi wejściowe i wszedł do ciemnego korytarza. Drzwi do biura na parterze były uchylone. Przy biurku siedział Dawid Zylbersztajn, znany onegdaj adwokat.

  • Dzień dobry, panie Zylbersztajn – Lipszyc uchylił szerzej drzwi i wszedł do środka.

  • Heniek, jakże się cieszę, że żyjesz – Zylbersztajn wstał z zza biurka i podszedł, aby się przywitać.

  • Wieść gminna niesie, że jesteś w Kraśniku od wczoraj, zatrzymałeś się u Szpakowskich- bardzo porządni ludzie – i, niestety zaglądałeś do swojego mieszkania – przemówił adwokat, gdy już usiedli przy stoliku.

  • Świetne ma pan informacje, mecenasie.

  • Musisz zrozumieć, nie możemy ich prowokować, jesteśmy za słabi, znikąd nie mamy wsparcia, siedzimy tu na beczce prochu. Jak już zapewne wiesz – kontynuował Zylbersztajn, szefuję tu, temu komitetowi. W tej chwili mamy 86 Żydów, którzy wrócili do Kraśnika, nikt z nich nie mieszka w swoim dawnym mieszkaniu. Mamy tylko tę kamienicę i dom Landaua przy Szkolnej. Ciasnota. Sytuacja jest bardzo zła, w mieście panuje chaos, żądzą nim teraz najgorsze typy do spółki z milicją. Połowa ludzi ich popiera, a połowa się boi – dodał Zylbersztajn. - Apelujemy o pomoc, ale jak na razie nic to nie daje, w Lublinie taki sam chaos, jak tu. Ponoć wszyscy potrzebują wsparcia i pomocy: Bychawa, Krasnystaw, Włodawa, a nie ma skąd go brać.

  • Co dalej, panie mecenasie? - pytanie Henryka zawisło w próżni.

  • Co dalej? Nie wiem. Mamy tu ludzi, którzy nie mają gdzie się podziać. Ci, co mieli, wyjechali, a sporo nie dojechało. Tydzień temu jakiś uzbrojony oddział zatrzymał pociąg między Wilkołazem, a Pułankowicami. Wywlekli z wagonu rodzinę Cytrynów, wiesz, tę z Wesołej. Chcieli pieniędzy i kosztowności, dostali, a potem ich zastrzelili: Cytryna, jego żonę i piętnastoletnią córkę. Takich historii jest wiele. W Kraśniku w biały dzień zabili Szwarca z Podwalnej. Dlatego chodzimy w grupach, na noc barykadujemy się.

  • Jak to się skończy, co pan zamierza robić? – zapytał Henryk.

  • Na razie chowamy naszych zabitych, zabezpieczamy cmentarz. Staramy się sporządzić dokumentację, kto zginął i kiedy, kto przeżył, gdzie jest – odpowiedział mecenas Zylbersztajn. - A potem? Potem trzeba stąd wyjechać. Nie dadzą nam spokoju, dopóki tu jesteśmy, będą się bali, że odbierzemy im nasze majątki. Może na Ziemie Odzyskane?, do Wrocławia?, a najlepiej z Polski. Odbudowują fabrykę w Dąbrowie Bór, będą potrzebowali ludzi do pracy, mamy parę wykwalifikowanych osób, które mogą im się przydać. Może więc ktoś znajdzie sobie miejsce na nowym osiedlu?

  • Zostanę, pomogę wam, jeśli znajdziecie jakiś kąt, nie mogę narażać Szpakowskich, a potem wyjadę – zadeklarował Henryk.



Kraśnik, październik 1969 r.

Andrzej Szulc wstał niewyspany, pół nocy przesiedział nad starymi dokumentami i musiał przyznać sam sobie, że go to wciągnęło. Czas do roboty. Cały czas myślał o dzisiejszej rozmowie z Dębem, co wyniknie, czego się dowie?

Wyszedł z domu, tak szybko jak mógł, przeciął Urzędowską i zszedł w dół na „łąki”. Minął miejsce w którym zginął Żurek, a potem park. Nie poszedł schodami, ale skręcił na tzw. „księżą górę”, aby szybko dojść do Wesołej i placu Wolności. Dzień był dość ciepły, zza chmur co chwilę wychodziło słońce. Szulc spacerował po uliczkach rynku, przyglądał się murom kamienic, jakby liczył, że znajdzie na nich odpowiedź na pytanie: kto i dlaczego zabił Żurka? Ruszył w kierunku komendy, przy Szkolnej, zatrzymał się na chwilę przy spalonym domu Szpakowskich. Dobrze pamiętał profesor Szpakowską, która uczyła go w gimnazjum języka polskiego, ale tylko rok, ponieważ wybuchła wojna. Lubił ją. Podobno Szpakowscy zniknęli w 1945 r., tzn. pani Adela i jej syn Artur, bo profesor Szpakowski nie wrócił z wojny.

  • To był piękny dom i ładny ogród – sięgnął pamięcią w dawne czasy. - Ale co ten dom może mieć wspólnego z moją sprawą? – pomyślał i ruszył w kierunku Kościuszki.

Dęba nie było jeszcze w komendzie. Przejrzał gazety. Przeczytał o nowych ustaleniach w sprawie masakry cywilów w My Lai w Wietnamie, sprzed półtora miesiąca. Oficjalna propaganda miała używanie. Nie było nic o nadgranicznych starciach radziecko – chińskich nad rzeką Ussuri. Wiadomością tą żyło pół Polski, ale można było ją usłyszeć tylko w Wolnej Europie. „Chińczyki trzymają się mocno” - jakoś tak przyszło mu do głowy. Nie było co czytać, sama paplanina o gospodarskich wizytach, przekroczonych planach w fabrykach, amerykańskim imperializmie. Zajął się lekturą raportów dzielnicowych, to była jego ulubiona rozrywka w pracy. Czytając raport kaprala Sikory o mało się nie zakrztusił kawą. Kapral pisał: „Zatrzymany Alojzy Gwódź zapytał mnie uprzejmie, czy chcę dostać w mordę? Na co wyraziłem zgodę. Faktycznie dostałem w mordę, aż mi czapka służbowa spadła z głowy”.

  • Andrzej, idziemy! - Dąb nie tracił czasu na zbędne ceregiele, jak pukanie do drzwi, czy „dzień dobry”. Wybiegł za nim. Przeszli na drugą stronę ulicy, wprost do konsumów. Dąb otworzył energicznie drzwi, wszedł przodem i pomaszerował wprost do pustego stolika w rogu.

  • Co podać panom? – kelnerka Genowefa Grzyb zjawiła się niespiesznie.

  • Pani Gieniu: dwa tatary i po setce wódki, aha, jeszcze dwie oranżady – zaordynował pułkownik.

  • Tak jest, panie komendancie – Genowefa starła okruchy ze stolika i pomaszerowała do kuchni.

Szulc wyjął paczkę carmenów, nie częstował pułkownika, bo wiedział, że Dąb nie weźmie „perfumowanego” do ust. Rozmowę zaczął Dąb, odpalając giewonta.

  • Co ze sprawą Żurka, macie już coś? - spojrzał na Szulca.

  • Niewiele, obywatelu pułk...

  • Przeeestań – przerwał mu Dąb. - Nie jesteśmy w komendzie, siedzimy przy wódce.

  • Przepraszam, Poldek – zmitygował się kapitan. - No, więc niewiele mamy w sprawie Żurka. Prawdopodobnie nie był to napad rabunkowy, bo nic nie zginęło, chyba, że bandytę ktoś spłoszył. Nie mamy jeszcze wyników sekcji zwłok. Jedyne, co jest, to zeznanie Franciszka Stefana, które zebrał Golonka. Wiesz, tego Stefana, co mieszka obok parku, naprzeciw harcówki. Ponoć widział tam wysokiego mężczyznę w prochowcu i dziwnym, dużym kapeluszu, mniej więcej w czasie, kiedy zginął Żurek.

  • To już coś jest, jak to mówią – pułkownik powiedział to z trudno skrywaną obojętnością.

  • Słuchaj, Andrzej... - Dąb podniósł literatkę z wódką do ust na znak toastu, a potem zaciągnął się papierosem. - Wiesz, że cię lubię i cenię. Nie będę owijał w bawełnę. Znałem Żurka i to nie od najlepszej strony. Zresztą nigdy nie przepadaliśmy za sobą. Wiesz przecież, że niedobrze się tu działo zaraz po wojnie. Ta sprawa, to może być, ta, wiesz, jak to mówią..., ta puszka z Pandorą, czy jak jej tam było?

  • Chyba puszka Pandory – sprostował kapitan.

  • Oj tam, oj tam – zaśmiał się pułkownik. - Wiesz, że ja mam tylko siedem klas i kursy milicyjne, nie jestem taki inteligenciak, jak ty. Musimy być ostrożni, dlatego chciałbym, abyś informował mnie, co dzieje się w śledztwie, jak to mówią, jak kolega koledze, nie tylko oficjalną drogą służbową – pułkownik powiedział to tak, jakby nie oczekiwał odpowiedzi. Była ona oczywista.

  • Jest jeszcze prokurator Barański, który nadzoruje dochodzenie – zauważył Szulc.

  • „Baran”? Ta pierdoła? On by nigdy z domu nie wyszedł, gdyby żona nie powiedziała mu, które kalesony ma założyć – zaśmiał się głośno Dąb. - On ci nie pomoże, ale - co najważniejsze - nie zaszkodzi. Możesz działać swobodnie, jak wiesz ja się nie wtrancam do twoich śledztw – zabrzmiało to dosyć dziwnie, po tym, co Dąb powiedział przed chwilą.

Szulc chciał jeszcze przycisnąć majora, aby coś więcej powiedział o Żurku i towarzyszach. Ale ten stuknął swoim kieliszkiem w kieliszek kapitana.

  • Muszę lecieć do powiatu. Bywaj, Andrzej – Dąb ruszył w kierunku drzwi, po drodze regulując rachunek.

  • A co tam u brata? – spojrzał w kierunku Szulca, trzymając już klamkę drzwi.

  • Nie wiem, chyba dobrze – odkrzyknął Szulc.

Kapitan miał wrażenie, że rozmowa przebiegła dokładnie tak jak chciał... Dąb

  • Trudno, ale komendantowi nie odpuszczę, wygląda na to, że dużo wie, ale nie o wszystkim chce mówić – pomyślał detektyw.

Praktycznie jedynym tropem, jaki miał teraz Szulc, był ów mężczyzna w kapeluszu z dużym rondem. Ktoś przecież musiał go widzieć. Szulc nie wrócił do komendy. Poszedł w górę ulicą Kościuszki i skręcił w Partyzantów.

  • Student coś może wiedzieć, albo się dowie – pomyślał kapitan.

Student, a właściwie Zenon Jawornicki kilka lat temu zaliczył pierwszy rok filozofii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, po czym porzucił karierę naukową. Lokalnej społeczności naraził się, gdy podczas niedzielnej mszy wkroczył do kościoła parafialnego i głośno powiadomił wiernych, że Boga nie ma. Do wojska jednak nie trafił, przenieśli go do rezerwy z powodu zaburzeń psychicznych. Ktoś, kto w Polsce, nawet programowo ateistycznej, głośno deklaruje swoje wątpliwości odnośnie istnienia siły wyższej, musi być niespełna rozumu.

Po lewej stronie ulica Partyzantów była zabudowana małymi domkami, po prawej dość okazałymi kamienicami. Przed wojną należały one do Polaków, za nowej Polski zostały znacjonalizowane. W pierwszej z nich, na parterze, znajdowała się Wojskowa Komenda Uzupełnień, drugą zajmował urząd miejski, a trzecia, najskromniejsza z czerwonej, nieotynkowanej cegły mieściła mieszkania komunalne. Jedno z nich – kawalerkę zajmował student. Szulc wszedł na piętro po drewnianych schodach i zapukał do drzwi.

  • Wszelki duch... pan kapitan – drzwi się otworzyły i w progu stanął mężczyzna około trzydziestki, średniego wzrostu z gęstą, ciemną czupryną w odzieniu dość lichym i z zarostem na policzkach. - Jakież to niecierpiące zwłoki sprawy, sprowadziły tu pana, aby popsuć mi już całkiem opinię na dzielnicy? Ale cóż, zapraszam, gość w dom, Bóg w dom.

  • Cześć, Student, nie będę wchodził, porozmawiamy na podwórku – powiedział Szulc.

Gdy zeszli na dół, kapitan wyciągnął paczkę carmenów i skierował ją w kierunku Studenta, ten od razu wyciągnął trzy i dwa schował do kieszeni koszuli.

  • Widzę, że robotą nadal się brzydzisz – zagadnął Szulc.

  • Panie kapitanie? Pan wie, w mądrej księdze zapisano: „każdemu wedle potrzeb, od każdego według możliwości”. Ja potrzeby swoje mam, ale z możliwościami gorzej. Czekam więc na komunizm, jak żydzi na Mesjasza i nim nadejdzie muszę sobie jakoś radzić.

Szulc mimowolnie się uśmiechnął.

  • Ale staremu Brzozowskiemu przyprowadziłem tę jawę, którą pożyczyłem, tak jak pan kapitan prosił.

  • Prosiłem?! - żachnął się oficer. - No dobrze, Student, przyszedłem, aby prosić cię o pomoc – Szulc zmienił temat.

  • Szukam tego człowieka – milicjant rozwinął kartkę, na której ukazało się coś, co miało stanowić namiastkę portretu pamięciowego.

Student się uśmiechnął:

  • No tak, ręce ma, głowę ma, nie trudno będzie go rozpoznać na ulicy.

  • Nie żartuj sobie, Zenek. Nie mam nic innego. Widziano go w kapeluszu z dużym rondem i chyba zagranicznym, płaszczu.

  • Pan myśli, że tu Hampreje Bogarty po Podwalnej popierdalają, jak w jakimś Paryżu, czy innej Casablance? - Student posłał Szulcowi krzywy uśmiech. - Niech pan popyta w fabryce, tam czasami kręcą się zagraniczniacy. Ja też popytam, także na Fabrycznym. Kapitan wie, że mu nie odmówię. „Bo kto nie był ni razu człowiekiem, temu człowiek nic nie pomoże”. A pan był człowiekiem, to człowiek panu pomoże – zaśmiał się Student. - To on zaciukał ormowca? - zagadnął.

  • Nie wiem, może? - odpowiedział Szulc.

  • Szuka go pan, by wręczyć mu order? – Student powiedział to bardzo poważnym głosem. - Powodzenia, kapitanie – uścisnął rękę podaną mu na pożegnanie. - Uszanowania dla brata, widziałem go na ulicy w zgrabnym uniformie – Student zaśmiał się i ruszył powoli do swojego mieszkania.

Szulc wrócił na komendę najkrótszą drogą, przez Wierzbową i Szkolną, obok spalonego domu Szpakowskich. Na jego biurku leżała kartka od sierżanta Golonki, kontaktował się z dyrekcją fabryki w sprawie gościa w kapeluszu. Andrzej Kunicki, zastępca dyrektora do spraw technicznych zaprasza Szulca na rozmowę, najlepiej dziś przed końcem dnia, gdyż jutro wyjeżdża w delegacji.

  • Pani Elu! Dziś już mnie nie będzie. Do widzenia – kapitan lekko uchylił drzwi do sekretariatu Dęba.

Szulc poszedł skrótami, przez teren kościoła. Był to kościół parafialny i odróżnieniu od mniejszego rektoralnego, zwany był powszechnie „dużym kościołem. Świątynia była mieszaniną stylów, z zewnątrz dominował gotyk, ale wnętrze zachowało styl barokowy. Kapitan wyszedł bramą przy dawnym klasztorze i stąd prosto w Wesołą. Była to ulica równoległa do Podwalnej i głównej Narutowicza. Tym razem ominął lokal Jacka Depy i wstąpił do prywatnej kawiarni w sąsiedniej kamienicy. Podawali tu dobrze zaparzoną kawę. Kapitan zamówił do niej „pięćdziesiątkę” Pliski. Potrzebował wzmocnienia, świadomość braku postępów w śledztwie działała na niego depresyjnie.

  • Od razu lepiej – odetchnął, dopijając resztę kawy i ostatni łyk bułgarskiej brandy.

Szulc zszedł z Wesołej kamiennymi schodkami wprost na tzw. „górę Laty”, ulicę, która stromo pięła się w kierunku Narutowicza. Skierował się w dół w kierunku dworca PKS i ronda z pomnikiem Partyzanta. Potężnie zbudowany kamienny mężczyzna trzymał w ręce pepeszę. Hymn Gwardii Ludowej („My ze spalonych wsi, my z głodujących miast...”) jasno tłumaczył, gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, z jakiej armii jest ten partyzant.

Etos partyzancki był w mieście silny. Co roku organizowano festiwal pieśni partyzanckiej, a we wszystkie święta państwowe defilowali bojownicy z biało–czerwonymi opaskami na rękach. Co roku jest ich więcej i coraz młodsi. AK-owcy w znacznie skromniejszej liczbie pojawiali się za to na kościelnych procesjach i to od niedawna.

Andrzej stanął na przystanku autobusowym. Po dziesięciu minutach pojawił się niebieski San (5). „Czwórka” mu pasowała. Automatyczne drzwi się rozsunęły, kapitan kupił bilet u konduktorki i ruszyli Lubelską, by za chwilę skręcić w ul. Szymańskiego (jakże by inaczej - partyzanta). Była to najdłuższa ulica w województwie, ponad 7 km, prowadziła wprost do Kraśnika Fabrycznego. Po drodze mija się osiedle Koszary, a potem dwie ciasno zabudowane wioski: Piaski i Budzyń.

Milicjant wysiadł na dworcu autobusowym pod fabryką, a „czwórka” pojechała do Urzędowa, mijając bokiem Kraśnik Fabryczny. Budowa fabryki amunicji w wiosce Dąbrowa Bór pod Kraśnikiem i osiedla mieszkaniowego w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego tchnęła nowe życie w to miasto. Przedtem była to zapyziała rolnicza dziura. Kraśnik na długie lata utracił nawet prawa miejskie. Kilkanaście lat temu osiedle fabryczne oddzielono od Kraśnika, tworząc nowe miasto – Kraśnik Fabryczny. Nie wiadomo dlaczego to zrobiono, może chodziło o dodatkowe, atrakcyjne stołki dla partyjnych kacyków. Niemniej jednak ten administracyjny podział był sztuczny.

Szulc ruszył w kierunku bramy fabrycznej. Były tu w zasadzie dwie fabryki, jedna produkowała łożyska toczne, druga bombki, ale nie choinkowe. Po obu stronach chodnika prowadzącego do biurowca umieszczono klomby i stojaki z flagami biało-czerwonymi i czerwonymi. Stały tablice na których wszystkie wskaźniki rozwojowe pięły się ostro w górę. Hasła głosiły przyjaźń z narodami krajów socjalistycznych i oburzenie z powodu imperialistycznej polityki Stanów Zjednoczonych. Bliżej budynku biurowego i hal fabrycznych tablice były już bardzie konkretne: „Nie pij, powierzamy ci wspólne dobro”, czy „Stój! Palce nie odrastają” - to odnośnie bezpiecznego korzystania z obrabiarek. Były też tablice z których ponurym wzrokiem spoglądali wyróżniający się w „pracy zawodowej i społecznej”, pracownicy.

Andrzej Kunicki czekał w swoim gabinecie. Szulc z uznaniem spojrzał na jego elegancki garnitur, śnieżnobiałą koszulę i dobrze dobrany krawat. Znali się od lat, chodzili do jednej klasy w liceum, a Andrzej wciąż mieszkał w Starym Kraśniku, niedaleko Kościuszki.

Kunicki poderwał się ze skórzanego fotela z wysokim oparciem, które stało za biurkiem.

  • Stary!, kope lat. Miło cię widzieć – uścisnął dłoń Szulca.

Szulc zaśmiał się widząc hasło nad biurkiem dyrektora: „Do pracy przychodź trzeźwy i wypoczęty”. Usiedli na fotelach przy niskim stoliku, Kunicki poprosił o dwie kawy, otworzył barek i nalał dwie lampki brandy.

- A" propos hasła. Prawdziwe włoskie – Stock, dostałem w prezencie – podał kieliszek kapitanowi.

  • Andrzej jest jakby z innego świata, elegancki garnitur, luksusowy gabinet, w dodatku wysoki i przystojny – pomyślał Szulc.

Porozmawiali chwilę o starych znajomych, zagranicznych służbowych podróżach Kunickiego.

  • Wiem, co cię sprowadza, twój podwładny już mi wszystko powiedział – Kunicki przeszedł do rzeczy.

  • Mamy teraz trochę zagranicznych specjalistów w fabryce. Uruchamiamy nową kulkownię z japońskimi maszynami, kupiliśmy też nową technologię w Austrii – kontynuował inżynier. - Sądzę, że wśród japońskich inżynierów nie znajdziemy dobrze zbudowanego blondyna, który mógłby się kręcić w nocy po Starym Kraśniku. Wydaje mi się, że twojemu opisowi najbliższy jest Ernst Wurst, inżynier z Wiednia, doskonale mówi po polsku, chyba ma jakieś korzenie w naszym kraju. Przyjeżdża do nas dość często, nadzoruje wdrażanie technologii – dodał dyrektor Kunicki. - Mam kilka zdjęć, to ten - wskazał palcem na wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę około czterdziestki. - Możesz zabrać zdjęcia. Jadę już do domu, mogę cię zabrać, jeśli nie masz ze sobą jakiegoś pojazdu – zaproponował Kunicki.

  • Z przyjemnością – zgodził się Szulc.

Kunicki założył jasny, elegancki płaszcz, wziął czarną, skórzaną teczkę i zeszli na parking.

  • Czyżby? - Szulc wskazał na nowiutkiego fiata 125 (6), który stał w sąsiedztwie warszaw, syrenek, wartburgów.

  • Tak. Służbowy. – Andrzej wyjął z teczki kluczyki i otworzył fiata. - Na włoskich częściach, świetna maszyna.

  • Piękny – Szulc z uznaniem pokiwał głową.

Wsiedli do samochodu, na tylnym siedzeniu leżał kapelusz z dużym rondem.


Kraśnik, początek września 1945

Adela i Artur Szpakowscy siedzieli w salonie swojego domu. Było już dość późno, choć zmrok jeszcze nie zapadł, letni dzień wciąż jeszcze był długi. Od dawna nie wychodzili z domu wieczorem i zawsze, kiedy robiło się już późno, Artur zamykał dom na klucz i sprawdzał, czy wszystkie okna i drzwi są domknięte. Słuchali radia, Władysław Szpilman grał Szopena. Adela zaparzyła herbatę, kawy nie mieli już od dawna, i przyniosła świeżo upieczone ciasto ze śliwkami. Ich cztery śliwy w ogrodzie ładnie obrodziły w tym roku. Dużym problemem było t

Wasze komentarze

Dodaj swój komentarz

 

 DODAJ  


 

 

O NAS | KONTAKT | REKLAMY | MAPA STRONY | MAPA XML

Netpress, Iwona Janczarek

ul. Cyklamenowa 5, 05-077 Warszawa
Tel: 604 201 109, E-mail: allpress@pro.onet.pl

NBS - najlepsze strony internetowe