17 października 2017, imieniny Małgorzaty, Ryszarda, Gabrieli

Na temat, natemat.com.pl, Piotr Janczarek, Iwona Janczarek
 
Strona główna
Rozrywka i Refleksja
Diety
Podróże
Zdrowie
Dzieci w szkole
Prawo i finanse
Smacznie
Berlin
Konkursy
  E-Zacznij  Ateista? Kto to taki?   Wiadomości ze świata wartości  10 inteligentnych dowcipów  Zofia  10 najgorszych rzeczy, które cię mogą spotkać na...  Galeria Roberta Soboty  Piję kawę, czy brać magnez? Tak, jeśli wypijasz wiadro dziennie.  Morderstwo w małym mieście  Z Czarnej Teczki Jurka Lindera  Gry komputerowe. Co warto o nich wiedzieć?  O spokój sumienia przeciwników W.O.Ś.P.  I tak kupimy więcej niż chcemy  Allpress Media Communications - o nas

10 najgorszych rzeczy, jakie mogą cię spotkać podczas podróży pociągiem

fot. Jerzy Linder 

drukuj artykuł z portalu natemat.com.pl

  1. Pociąg odwołany
Spokojnie, to nic takiego. Pojedziesz następnym albo zyskasz czas do namysłu, czy naprawdę musisz uczestniczyć w weselu nielubianej kuzynki na drugim końcu Polski. I czy w ogóle warto się pakować w tak ryzykowną awanturę, jaką jest jazda koleją?
 2. Zmiana peronu (specjalnie dla pań)
Trzy razy sprawdzałaś godzinę odjazdu i peron, z którego odchodzi twój pociąg. Zjawiłaś się na dworcu kwadrans wcześniej. Stoisz na właściwym peronie i pilnujesz walizek, torby z jedzeniem, hulajnogi Wacusia i tego sześcioletniego diabła, który koniecznie chce na niej pojeździć. Minutę przed planowaną godziną odjazdu skrzeczący megafon informuje cię, że „w dniu dzisiejszym – chrrr – pociąg do – chrrr – odjedzie wyjątkowo z toru – brrrwrrrr – przy peronie pierwszym”. To dokładnie trzy perony dalej od tego, na którym stoisz. Z obłędem w oku próbujesz połapać wszystkie klamoty na raz i ciągnąc Wacusia za szelki od bojówek rzucasz się ku jedynym czynnym schodom ruchomym. Na ostatniej prostej wyprzedza was energiczny pan o wyglądzie emerytowanego oficera wiadomych służb i tryumfalnie zagradza wszystkim drogę, robiąc miejsce dla małżonki o gabarytach i wdzięku betoniarki. Słuchać syrenę lokomotywy. Serce podchodzi ci do gardła: „Co te cholerne schody tak się wloką?” – myślisz. Wacuś popłakuje. Jego hulajnoga wysuwa ci się z omdlewającej ręki i spada wprost pod nogi dziarskiego emeryta, którego szczęśliwie zdołałaś wyprzedzić na podeście. Nie zważając na jego wrzaski zjeżdżasz już nieco spokojniejsza na właściwy peron, przez który przetacza się… samotny elektrowóz. Stajesz wśród tłumu podobnie jak ty zdezorientowanych pasażerów, pilnujesz walizek, torby z jedzeniem i hulajnogi Wacusia. Wasz pociąg pojawia się po kolejnym kwadransie.
 3. To moje miejsce!
Uzbrojony w bilet z miejscówką zakupiony – a jakże – przez Internet, zjawiasz się wyluzowany na dworcu. Twój pociąg już stoi na peronie. Odnajdujesz właściwy wagon oraz przedział, mówisz grzecznie „dzień dobry” i umieszczasz walizkę na półce. Siadasz i w tej samej chwili w drzwiach stają dwie panie. No oko tuż po sześćdziesiątce, rumiane – typ kwakierek. Schludne wczasowe stroje i obfite bagaże sugerują wypad na trzytygodniowy turnus w sanatorium „Metalowiec”. Ta wyższa lustruje przedział, w którym wszystkie fotele są już zajęte, marszczy brwi i wyjmuje z torebki bilet. Popatrując nań, wyciąga w twoim kierunku palec wskazujący.
 – Pan siedzi na moim miejscu – mówi stanowczym tonem, znamionujący kadrowca z wieloletnim stażem. – A pani zajęła je koleżance – rzuca oskarżycielsko w stronę blondyneczki siedzącej naprzeciwko ciebie.
 Dziewczę o wyglądzie wzorowej uczennicy liceum prowadzonego przez nazaretanki oblewa się rumieńcem i sięga po blankiet.
 – Ale ja mam numer 55 – szepce przepraszająco.
 – A ja 56 – mówisz uprzejmie, okazując wydruk z komputera.
 – To są właśnie nasze miejsca. Musicie się państwo przesiąść – rzuca z naciskiem kwakierka i na dowód swych niepodważalnych racji podtyka wam przed oczy własny bilet.
 Oczywiście, natychmiast dostrzegasz, że – istotnie – opiewa on na fotele numer 55 i 56, lecz w zupełnie innym wagonie. Wyjaśnianie qui pro quo kończy się po jakimś czasie rejteradą gapowatych podróżniczek. Ciągną swój majdan korytarzem, a gdy wydaje im się, że są już wystarczająco daleko, do twoich uszu dociera komentarz: „Ależ chamstwo teraz jeździ!”.
 4. Daleko pan jedzie?
Podróżowanie pociągiem nie jest pozbawiona uroku. Kilka godzin przymusowej bezczynności, bezgrzesznego zwieszenia w czasie i przestrzeni możemy wykorzystać na niezobowiązujące lektury albo zatopienie się w rozmyślaniach, na co najczęściej nie pozwala nam natłok spraw, naciski szefów i knowania podwładnych. Wszystko to zostało daleko na peronie. Otwierasz zatem nowiutki tomik przygód inspektora Wallandera, uśmiechasz się na widok mijanego właśnie, opatulonego w malwy posterunku dróżnika i wtedy…
 – Daleko pan jedzie? – wyrywa cię z błogostanu pytanie.
 Zrazu masz nadzieję, że nie jest skierowane do ciebie. Rozglądasz się więc ukradkiem i z przerażeniem stwierdzasz, że w przedziale jesteś tylko ty i krępa jejmość w okularach stalowanych jeszcze za Gierka. Przypomina twoją ciotkę z kielecczyzny. Uśmiecha się do ciebie poczciwie, zachęcająco. Czujesz zbliżający się atak paniki. Wiesz, że jeśli odpowiesz, nie zaznasz spokoju do końca podróży. Ale przecież nie chcesz wyjść na gbura…
 – Do końca – rzucasz półgębkiem i ostentacyjnie wściubiasz nos w książkę. Na próżno! Po godzinie wiesz już, że twoja dręczycielka ma dorosłe dzieci – Hanię i Wiesia. Wiesio jest przy wojsku w Elblągu i bardzo dobrze mu się wiedzie. Niedawno kupił auto. Zagraniczne, prawie nowe. Granatowy wolfswagen, zdaje się. Niestety, Hania ma kłopoty. Mąż jej choruje i musiał pójść na rentę. A przecież nie pił znowu tak dużo. Za to dzieci mają bardzo udane, a zwłaszcza Andżelinkę. Wybornie się uczy, w tym roku miała Pierwszą Komunię. Ona nie mogła przyjechać, bo była powódź. Nie, nie u nich, oni z mężem mieszkają w tych blokach za cepeenem. Ale tory gdzieś tam podmyło. Więc teraz jedzie, wiezie ciasto z pianką. Jak by było czym ukroić, to by poczęstowała. Wallander odwrócił oczy od zwłok, które nosiły już pierwsze znamiona rozkładu. Gdzieś z radia sączyło się łzawe tango. Muzyka! Przypominasz sobie, że w wypasionej komórce masz odtwarzacz. Drżącą dłonią podłączasz słuchawki, zatykasz nimi uszy i naciskasz „play”. „Hallelujah, hallelujah” – kojący głos Leonarda Cohena niezawodnie przywraca ci równowagę ducha. Przymykasz oczy i zapadasz w drzemkę. Budzi cię energicznie szarpniecie za kolano.
 – Ładna ta melodia? – ciotka z kielecczyzny nigdy się nie poddaje.
 5. Piekielny Piotruś*
Jest to chłopczyk w wieku od 5 do 9 lat. Przeważnie kędzierzawy blondynek o błękitnych oczach. Podróżuje z mamą, babcią lub ciocią, nigdy z ojcem. Twarze kobiet, które asystują Piotrusiowi, noszą wyraz rezygnacji i przesyconej bólem miłości – jak u niektórych świętych męczennic na starych oleodrukach. Oprócz chłopczyka panie owe wyposażone są w przepastne torby, z których co rusz wydobywają rozmaite smakołyki oraz zabawki, w tym gry elektroniczne, służące nieustannemu obłaskawianiu jasnowłosego potwora.
 – Daj mi coli – będzie pierwszym ludzkim słowem, jakie wypowie Neronek, gdy pociąg ruszy. Wkrótce spokój wszystkich nieszczęsnych współpasażerów zmącą odgłosy kosmicznych laserów, którymi malec przez trzy kolejne stacje z lubością rozwalać będzie flotę Korporacji Plutońskiej.
 – Chcę batonika! – burknie w przerwie tej rzezi.
 – Może jednak kanapeczkę? – zapyta lękliwie mama.
 – Batonika – rzuci gardłowym basem cherubinek i zmruży z wściekłością stalowe oczęta.
 Sytuacja nie poprawi się wiele, gdy znudzony debilnymi strzelankami Piotruś zechce zająć się żelaźniakiem. Dolary przeciwko orzechom, że metalowy samochodzik – mimo wielokrotnych ostrzeżeń opiekunki – zakończy rajd głęboko pod twoim fotelem. Dzieciak da wtedy taki pokaz histerii połączonej z atakiem furii, że dla świętego spokoju, wyszczerbiając ukochany scyzoryk, odkręcisz co trzeba i po godzinie, nieludzko uświniony, wręczysz mu to cholerne autko.  
 – Podziękuj panu – napomni szczyla piastunka i uśmiechnie się do ciebie przepraszająco.
 – Chcę kupę! – oświadczy w odpowiedzi pacholę, a zapach jaki roztoczy, dowodzić będzie niezbicie, że tym razem to nie kaprys.
 *Współcześnie Piekielny Piotruś najczęściej występuje pod imieniem Brajanek, Patryczek, Adrianek, Oliwierek lub Rolandzik.
 6. Rezerwa
Przez dziesiątki lat postrachem pasażerów i drużyn konduktorskich wszystkich tras, klas, warsów oraz peronów były watahy młodzieńców wracających z wojska. Odziani w cudaczne chusty pamiątkowe, których najczęstszym motywem była może nie najświętsza, za to dobrze wydepilowana panienka, przetaczali się jak Polska długa i szeroka przez kolejową infrastrukturę w rytmie jesiennego i wiosennego poboru. Upojeni do nieprzytomności świeżo odzyskaną wolnością, a nade wszystko gorzałą wlewaną w gardła wprost z flaszek tuż za bramą koszar, ryczeli w niebogłosy nieśmiertelną „Rezerwę”, która gdy „szła do cywila, to wszystkie kuuurwy płaaakałyyy!”. Słysząc ten hymn, należało, porzuciwszy bagaże, pryskać gdzie pieprz rośnie, zmienić wagon, a najlepiej przebukować bilet na inną datę. Na szczęście, pełne uzawodowienie naszej dzielnej armii niepostrzeżenie oczyściło szlaki kolejowe z tych budzących grozę małpich stad, które pożegnaliśmy bez żalu i wspominamy tu wyłącznie gwoli ścisłości naukowej.
 7. Kibole i fani rocka  
To oczywiście zupełnie odmienne kategorie zagrożeń dla twojego spokoju w podróży po szynach. Łączy je jedynie masowość i sezonowość występowania [patrz: § 6. Rezerwa].
 Ci pierwsi są naprawdę niebezpieczni. Siekiera, nunczako, maczeta, kastet i nóż sprężynowy to akcesoria podróżne tak dla nich oczywiste, jak dla ciebie kanapki, woda mineralna, chusteczki higieniczne i świeży numer „Polityki” albo „Zwierciadła”. Jedyną metodą uniknięcia kontaktu z łysogłowymi szalikowcami jest minimalne choćby zainteresowanie się… piłką nożną. Śledzenie kalendarza rozgrywek drużyn kopiących gałę w twoim mieście ułatwi ci takie planowanie podróży, by nie zbiegały się one z terminami meczów ligowych rozgrywanych „u siebie” bądź „na wyjeździe”. Warto nadmienić, że do każdej takiej daty dla większego bezpieczeństwa należy dodać po jednym dniu przed i po niej, zatem na podróżowanie koleją zostanie ci w sezonie futbolowym najwyżej 18 dni w miesiącu.  Ten stan rzeczy utrzyma się dopóty, dopóki posiadanie szybkostrzelnej broni automatycznej nie stanie się legalne i powszechne wśród normalnych obywateli.
 Fani rocka pielgrzymujący na wszelkiej maści festiwale i zloty są w zasadzie niegroźni. Przebywanie w ich towarzystwie nie jest więc niebezpieczne ani zanadto uciążliwe, o ile oczywiście nie wadzi nam woń wymiocin i marihuany. Podróżowanie wśród nich ma jeszcze ten istotny walor, że w takim wesołym pociągu możesz spotkać własne dziecię i – wykorzystując jego chwilowo dobry nastrój – miło z nim pogawędzić, co nie zawsze jest możliwe w okolicznościach bardziej codziennych.
 8. Zapachy
Cóż, biologii się nie zaprzemy. Jesteśmy workami wypełnionymi płynami i gazami, które bezustannie szukają ujścia. Są rzeczy wstydliwe, których całkiem uniknąć się nie da, lecz na Boga! – spróbujmy nad nimi zapanować, mając na uwadze w jak ciasnej przestrzeni będziemy przebywać przez kilka godzin w otoczeniu innych bomb biologicznych…
 O pożytkach płynących z codziennego kontaktu z prysznicem napisano już tomy. Najwidoczniej jednak nie wszyscy jeszcze przeczytali choćby skromną notkę na ten temat. Wielu za to obejrzało reklamę pewnego dezodorantu, który rzekomo jest skuteczny przez trzy doby. W tym miejscu porzucimy krotochwilny ton i napiszemy z całą mocą: jeśli pan czy pani siedzący przed wami zzują dla wygody buty i ulokują swoje roztaczające woń limburgera stopy tuż koło waszych kolan, stanowczo i bez owijania w bawełnę wyraźcie swój sprzeciw! Łagodny protest możecie także wyrazić, gdy któryś z towarzyszy podróży wydobędzie z torby kawał mocno czosnkowanej kiełbasy lub swojskie kotlety mielone, bogato inkrustowane cebulą. Możemy to wszelako uczynić tylko pod warunkiem, że sami godzinę wcześniej nie zatruliśmy powietrza w przedziale śmierdzącym kebabem kupionym w dworcowej budzie.
 9. Dźwięki
Do najbardziej wkurzających dźwięków w podróży należą zarówno standardowe jak i wymyślne sygnały telefonów komórkowych. Aparaty te, jak wiadomo, mają opcję ściszania lub całkowitego wyłączania alarmów, mało kto jednak zawraca sobie głowę takimi detalami. Jechałem kiedyś ekspresem z Katowic do Warszawy w towarzystwie eleganckiej damy, której komórka dzwoniła niemal bezustannie. Ponieważ irytujący dźwięk wykluczał lekturę lub drzemkę, za Zawierciem zacząłem liczyć połączenia. Do granic stolicy (jakieś dwie godziny jazdy) moja towarzyszka odebrała ich około 70! Była osobą dobrze wychowaną, za każdym razem wychodziła na korytarz i tam prowadziła krótkie rozmowy, lecz melodyjka Hummingbird Nokii do dziś wzbudza we mnie odruch wymiotny.
 Osobna sprawa to głośni towarzysze podróży, zwłaszcza młode kobiety. Tokujące bez ustanku perliczki sportretował genialnie Marek Koterski w swoim wielkim „Dniu świra”. Nie będziemy zatem ścigać się z mistrzem i porzucimy ten wdzięczny skądinąd temat.
 Gorzej, gdy towarzyszom podróży zbierze się na śpiewy. Przedsięwziąwszy jakiś czas temu ekspedycję do Opola, spędziłem parę godzin w wagonie, którym podróżowała jakaś grupa modlitewna zmierzająca na spotkanie religijne do Częstochowy. Z początku po prostu rozmawiali o czekającym ich podniosłym wydarzeniu. Potem, tuż przed Skierniewicami, z sąsiedniego przedziału wypełzło na korytarz nieśmiałe murmurando. W Koluszkach zaczęło przeradzać się w śpiew, by w Piotrkowie Trybunalskim wybuchnąć chorałem wielogłosowym, niosącym się zawodzącą nutą aż pod Jasna Górę. Nie pamiętam już słów tej pieśni, mam jednak szczerą nadzieję nie usłyszeć jej już nigdy więcej.
 10. Spotkanie z ekspertem
Zdarza się niezbyt często, należy za to do najbardziej traumatycznych przeżyć podczas jazdy koleją (także statkiem lub samolotem). Ekspert kolejowy nie rzuca się w oczy. Najczęściej przybiera postać jowialnego staruszka w tureckim swetrze albo chudego mężczyzny o twarzy łagodnego ojca pięciorga dzieci. Gdy wasz pociąg daje syreną sygnał do odjazdu, mężczyzna ów unosi czujnie głowę, nasłuchuje w skupieniu, po czym wychyla się niebezpiecznie przez okno.
 – Za późno – mówi z powagą i zawiesza głos, jakby przewidywał reakcję towarzyszy podróży.
 I słusznie, bo zaraz znajdzie się ktoś, kto spyta: na co mianowicie?
 – Powinien zatrąbić zanim ruszy – wyjaśnia ekspert. – Spóźnił się z sygnałem co najmniej o sekundę. Tak ich teraz szkolą…
 Część pasażerów zaczyna nabierać przykrego podejrzenia, że oto złożyli swój los w ręce niedouczonego partacza, który tylko przez niechlujstwo pijanych zapewne egzaminatorów uzyskał uprawnienia do kierowania pociągami ekspresowymi.
 Tymczasem chudy pan, widząc jak ładnie wschodzi zasiane przez niego ziarno, puszy się i pięknieje pośród barwnych opowieści o omyłkowo przestawionych zwrotnicach, zepsutych semaforach i tragicznych w skutkach pomyłkach dyżurnych ruchu. Z tego co mówi wynika, że spędził pół życia za pulpitem maszynisty. Kiedy znużony jego wywodami idziesz rozprostować nogi na korytarz, dziarski miłośnik kolejarskiej profesji po chwili pojawia się koło ciebie.
 – E wu sześćdziesiąt – mówi ni to do ciebie, ni do szyby, gdy po sąsiednim torze przemyka pociąg podmiejski. – Trójczłonowy elektryczny zespół trakcyjny typu 6WE, wyprodukowany w Pafawagu we Wrocławiu w roku 1992 dla Szybkiej Kolei Miejskiej w Trójmieście – dodaje widząc twoje zdziwienie. – Po modernizacji składy te chodzą na Kolejach Mazowieckich. Jak dotąd bezwypadkowo – uzupełnia z nutka zawodu w głosie.
 – Długo był pan maszynistą? – pytasz z uprzejmości.
 – Ja, maszynistą? – śmieje się szczerze ubawiony. – Co pan? Trzydzieści lat robiłem jako ustawiacz na górce rozrządowej w Tarnowskich Górach!
 Gdy wracasz do przedziału po krótkiej wizycie w wagonie barowym, zasłużony ustawiacz snuje barwną opowieść o katastrofie kolejowej w Osiecku.
 – 25 trupów, proszę państwa – kończy melancholijnie chudy ojciec pięciorga dzieci, po czym wszyscy zaczynają się zbierać, bo wasz pociąg wtacza się właśnie na stację docelową.

 Jerzy Linder

     
 
 
 

Wasze komentarze

Dodaj swój komentarz

 

 DODAJ  


 

Dodałbym jeszcze namiętną dyskusję w przedziale, kiedy to panowie w wieku trochę więcej niż średnim, mnąc w dłoniach nowy numer Faktu lub Naszego Dziennika, głośno spierają się, czy samolot rzadowy w Smoleńsku zestrzeliła niewidzialna rakieta, czy też otruto wszystkich jeszcze w Warszawie.

Zgłoś naruszenie

All

2010-07-28 10:49:23

Wszystkie opisane modele kolejowych spotkań z bliźnimi - jako człowiek swego czasu często podróżujący koleją - przeżyłem osobiście. Dodałbym jeszcze jeden punkt. Spotkanie z dziadygami - żydożercami. Przeżyłem je dwukrotnie, z czego raz w ekspresie z miejscówkami, w którym nie można było zmienić miejsca, skutkiem czego większość podróży przestałem na korytarzu. Siedzący na przeciwko siwowłosy geront ubrany w granatowy, dość wysłużony garnitur, przewracając oczami i zgrzytając wstawionymi mu na koszt ludowego państwa zębami wyliczał Żydów szkodzących Polsce i Polakom. - Taki, panie, Lewandowski - żydłak, żydłak! - piał dyszkantem dziadunio, tocząc ślinę skapującą na krawat w prążki. I tak całą drogę: ten Żyd, tamten Żyd, ten co prawda nie Żyd, ale Żydom się wysługuje. Dowiedziałem się przy okazji, że Żydzi nie tylko czają się w rządzie, ale również w episkopacie, ba! w Watykanie! Innym razem tropicieli syjonistów było dwóch. Ci, w przeciwieństwie do wspomnianego dziadygi, rozmawiali tylko ze sobą i to dość przyciszonym głosem, patrząc na siebie porozumiewawczo. Mówili spokojnie, sypiąc cytatami z antysemickich broszurek i publikacji różnych radiomaryjnych (obecnie, wtedy chyba jeszcze RM nie było) profesorów. Można było się dowiedzieć, że np. pogrom w Kielcach był żydowskim spiskiem i takie tam. Słowem klasyka. Mimo, że obydwaj panowie rozmawiali, jak już wspomniałem, niezbyt głośno, wszystkie te brednie natrętnie docierały do pozostałych pasażerów, w tym siedzącej obok mnie ładnej dziewczyny, która akurat - trzeba trafu - czytała "Sklepy cynamonowe". Dziewczyna co chwilę odkładała książkę, patrząc z obrzydzeniem na dwóch pochłoniętych rozmową obywateli. Nagle wstała i głośno zwróciła się do mnie tymi słowy: Bardzo pana przepraszam, ale muszę zmienić miejsce, bo już nie mogę tych idiotyzmów słuchać. Uśmiechnęła się do mnie blado i wyszła. Odprowadziłem ją tęsknym spojrzeniem. Pięć minut później zabrałem paletko i wyszedłem z przedziału, by odnaleźć ową miłośniczkę Schulza.

Zgłoś naruszenie

Jarzębiak na czczo

2010-08-01 12:21:26

Szanowny Jarzębiaku na czczo, radzę wypróbować w takich terminach jeden z dwóch sposobów, jakimi załatwiam takie przedziałowe dyskusje. 1. Na Stilitza. Wysłuchwaszy tyrady o Żydach, którzy zjedli całą polska szynkę itd. zwracam się uprzejmym tonem do wygłaszjącego: A pan zapewne czysty aryjczyk, świetny sportowiec i doskonały kolega? 2. Na wiek. Gdy umilknie wreszcie wyliczanka Żydów umieszczonych na czołowych stanowiskach w kraju, na kuli ziemskiej oraz w kosmosie, patrzę taksująco na geronta i po chwili mówię słodko: Jak na byłego członka NSDAP świetnie sie pan trzyma! Efekt przeważnie jest piorunujacy.

Zgłoś naruszenie

kotek_mamrotek

2010-08-02 14:57:05

 

O NAS | KONTAKT | REKLAMY | MAPA STRONY | MAPA XML

Netpress, Iwona Janczarek

ul. Cyklamenowa 5, 05-077 Warszawa
Tel: 604 201 109, E-mail: allpress@pro.onet.pl

NBS - najlepsze strony internetowe